piątek, 6 września 2013

Bagietki na płynnym zakwasie - wspólne...

... z:

Amber - Anią - "Kuchennymi Drzwiami"

Anią - "Bajkorada"



Agą - "W Sezonie"


Bożenką - "Smakowe Kubki"











Marzeną - "Zacisze Kuchenne"

Myniolinką - Asią - "Moje Słodkie Impresje"




Wisłą - "Zapach Chleba"


Dziewczyny dziękuję za kolejne fantastyczne spotkanie, a Reni również za fajny pomysł. Bo bagietki robiłam dopiero drugi raz w życiu, a takie chlebowe  na zakwasie miałam okazję robić po raz pierwszy.






Moje bagietki udały się za drugim razem, za pierwszym zrobiłam za rzadkie ciasto i w trakcie wyrastania zrobiły się tak płaskie że nawet ich nie upiekłam. 
W drugim podejściu zrobiłam je na zakwasie pszennym, ciasto od samego początku miało inną konsystencję. Nie dałam też całej przepisowej mąki bo nie było takiej potrzeby. Bagietki same w sobie podczas wyrastania bez foremek ładnie trzymały formę, tylko... jeszcze ja muszę nauczyć się je formować :)
Mimo że do bagietkowego mistrzostwa wyglądem im daleko to w smaku wyszły ciekawie. Chlebowe. Takie miałam okazję robić i próbować po raz pierwszy. 



Przepis w całości cytuję za Renią, a swoje wymysły podaję w nawiasie kursywą. Piekłam z połowy podanej poniżej porcji, wyszły trzy bagietki.


Składniki:

  • 280g letniej wody
  • 480g zakwasu żytniego, o konsystencji jak na grube naleśniki; dokarmiony lub nie* (dodałam zakwas pszenny)
  • 480-600 niebielonej mąki (ilość mąki zależy od jej stopnia wilgotności, temperatury otoczenia itp.) - (u mnie pszenna chlebowa typ 750)
  • 2 1/2 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • 1 łyżka drożdży instant** (dałam odrobinę, dosłownie 7-8 g drożdży świeżych, które rozpuściłam w niewielkiej ilości wody - tej przepisowej z odrobiną cukru i odstawiłam na kilka minut)
  • 4 łyżeczki glutenu opcjonalnie (nie dodawałam)


*  Jeśli dokarmisz  zakwas przed użyciem, chleb wzrośnie lepiej; ale jeśli jesteś w pośpiechu, niedokarmiony zakwas po prostu użyczy mu smak, a drożdże w recepturze zadbają o wyrastanie ciasta.
** Przy dobrze dokarmionym zakwasie, drożdże pominąć.

1) W dużej misce połącz wodę, zakwas i 3 szklanki mąki, reszte maki dosypiesz pozniej. Dobrze wymieszaj.

2) Dodaj sól, cukier, drożdże i gluten, następnie dodatkowe 1 1/2 do 2 szklanki mąki (u mnie wystarczyło niewiele ponad 1/2 szklanki mąki - przy wypieku z połowy porcji). Mieszaj aż ciasto będzie odchodziło od ścianek, dodając tylko tyle dodatkowej mąki ile to konieczne; luźne (lepkie) ciasto da lekki miąższ. 

3) Mieszaj ciasto przez 7 minut mikserem; lub wyrabiaj 8 do 10 minut ręcznie (wyrabiałam do momentu aż ciasto samo nie odeszło od rąk), na lekko natłuszczonej powierzchni. Ciasto można również zagnieść w automacie do chleba nastawiając na odpowiedni cykl. Po zakończeniu, przenieś ciasto do miski  by rosło, jak poniżej.

4) Umieść ciasto w wysmarowanej olejem misce, przykryj miskę i odstaw do wyrośnięcia aż zwiększy objętość dwukrotnie, około 90 minut.

5) Delikatnie odgazuj ciasto i podziel go na sześć części (dla cienkich bagietek) 

6) Uformuj z każdego kawałka wałeczki do 35 cm długości, ułóż je co najmniej 10 cm od siebie, połóż bagietki na blaszkę pokrytą pergaminem lub w specjalnych formach do bagietek.

7) Pokryj chleby lekko wysmarowaną folią spożywczą i zostaw do wyrastania na  1 1/2 do 2 godzin. Pod koniec wyrastania rozgrzej piekarnik do 225°C.

8) Aby uzyskać klasyczny wygląd bagietek, natnij je trzy razy na 1 cm. 

10) Piecz bagietki przez około 25 minut lub do uzyskania złoto-brązowego koloru. Wyjmij chleb z pieca. Wyłącz piekarnik, lekko uchyl drzwiczki na kilka centymetrów, wsuń ponownie chleb do pieca i zostaw aż do schłodzenia pieca bez blaszek. W ten sposób chleb zachowuje chrupiącą skórkę.

Smacznego ;)





sobota, 31 sierpnia 2013

Tort pełen owoców z bitą śmietaną i mascarpone

Przygotowałam go na urodziny mojego Małżonka :)


Jeśli mam przygotować tort, to próbuję sobie wcześniej zaplanować w wyobraźni jak ma wyglądać. Potem tylko to odtwarzam i sprawa załatwiona. Raz wymyśliłam sobie na urodziny Dziecia tort z masą cukrową i to była moja porażka. Pierwsza i ostatnia w życiu próba, do tego niesmaczna. Od tej pory stawiam na coś mało skomplikowanego, może znacznie mniej efektownego, ale za to pysznego. Owoce - najlepiej jeszcze gdy są sezonowe. Jak dla mnie to niezawodna dekoracja, nad którą nie trzeba ślęczeć godzinami, a do tego niesamowicie pyszna.
Tym razem także wiedziałam że ma być pełen owoców. Przede wszystkim malin. Na ciemnym biszkopcie i przełożony kremem śmietanowym z mascarpone, te maślane jakoś mniej nam pasują. 




Biszkopt mój ulubiony, bez grama proszku do pieczenia, "rzucany" według Dorotusiowej receptury. Najlepiej jest go upiec dzień wcześniej, wtedy łatwiej będzie go przekroić na blaty. Krem zrobiony bez konkretnego przepisu, ot tak po prostu, po jakimś czasie po prostu robi się sam. Dekoracja? Co tylko podpowiada wyobraźnia, ale warto korzystać z tego że mamy sezonowe owoce.
Polecam bardzo :)




Biszkopt:
  • 5 jajek 
  • 3/4 szklanki cukru (najlepiej drobnego do wypieków)
  • 2/3 szklanki mąki tortowej
  • 1/3 szklanki kakao

Krem:
  • 500 g śmietany kremówki 30 %
  • ok.1/2 szklanki cukru pudru
  • 20 g cukru waniliowego
  • sok wyciśnięty z 1/2 cytryny
  • 250 g serka mascarpone

Do nasączenia blatów biszkoptowych:
  • 1/3 szklanki wody niegazowanej (może być przegotowana z kranu)
  • 1 łyżeczka cukru
  • sok wyciśnięty z 1/2 cytryny
  • opcjonalnie (o ile nie będą jadły dzieci) ok. 1/2 kieliszka wódki lub białego rumu

Dekoracja: co tylko chcecie, u mnie:
  • maliny (nie ważyłam, myślę że ok. 1/2 kg powinno wystarczyć)
  • kilka borówek amerykańskich
  • ok. 120 g płatków migdałowych (prażonych na suchej patelni)
  • ok. 50 g tartej na wiórki gorzkiej czekolady
  • listki melisy, może być także mięta

Biszkopt najlepiej przygotować sobie dzień wcześniej, gdyż następnego dnia łatwiej go pokroić na blaty. 
Składniki na biszkopt powinny być w temperaturze pokojowej, czyli jajka wcześniej należy wyjąć z lodówki. 
Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160-170 st.C. Dno tortownicy ( u mnie o średnicy 23 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Boków niczym nie smarujemy.
Jajka rozbijamy, oddzielając białka od żółtek. Białka ubijamy na sztywną pianę, następnie cały czas ubijając dodajemy stopniowo niewielkimi porcjami cukier. Najlepiej dać ten drobny do wypieków bo łatwo i szybko się rozpuszcza. Następnie dodajemy po jednym żółtku cały czas miksując.
W oddzielnej misce mieszamy mąkę z kakao i przesiewamy ją na masę jajeczną. Delikatnie za pomocą szpatułki mieszamy masę do chwili aż składniki się dobrze połączą. Można też wymieszać mikserem na bardzo wolnych obrotach ale wówczas biszkopt wyjdzie mniej puszysty.
Masę wylewamy do tortownicy, wyrównujemy i od razu wkładamy do nagrzanego piekarnika. Pieczemy przez ok. 35 min., pod koniec sprawdzamy, patyczkiem. Jeśli jest suchy to biszkopt jest upieczony.
Gorące ciasto wyjmujemy z piekarnika i w formie z wysokości ok 60 cm upuszczamy na podłogę lub blat. Warto położyć sobie koc i formę upuścić na koc, zapobiegnie to pogięciu tortownicy i uszkodzeniu podłogi.
Biszkopt w formie wkładamy z powrotem do gorącego jeszcze piekarnika, pozostawiamy na kilka cm uchylone drzwiczki i w ten sposób pozostawiamy do całkowitego wystygnięcia.

Następnego dnia biszkopt kroimy na 3 blaty.

Krem: Śmietanę ubijamy na sztywno. Pod koniec ubijania dodajemy stopniowo cukier, cukier waniliowy i sok z cytryny.  Do ubitej śmietany dodajemy po 1 łyżce mascarpone cały czas ubijając.

Przełożenie: Pierwszy blat nasączamy przygotowanym ponczem, ewentualnie smarujemy cienką warstwą dżemu np. malinowego, wykładamy część kremu, a na wierzchu układamy maliny. Przykrywamy drugim blatem i lekko dociskamy. Powtarzamy wszystkie czynności jak wcześniej i przykrywamy trzecim blatem, który także nasączamy. Pozostałą część kremu nanosimy na boki i wierzch tortu. 
Wierzch i boki tortu dekorujemy według uznania. Tort odstawiamy  do schłodzenia na kilka godzin, potem przechowujemy także w lodówce.

Smacznego ;)




środa, 28 sierpnia 2013

Chleb orkiszowy.

I już po. Wróciliśmy do domu, pozytywnie naładowani energią. Spotkania rodzinne, rozmowy. Znów będziemy tęsknić. Za nami emocje i dzisiejsza psia operacja. Przed nami jeszcze kilka dni urlopu, kompletowanie szkolnej wyprawki, czas na załatwienie wielu spraw, które ciężko będzie załatwić potem, Psia Przyjaciółka wracająca do zdrowia. 
Za chwilę koniec wakacji, wracamy do pracy, Dzieć do szkoły.
Chleb piekę jak zawsze. Ten także jest wyjątkowy.





Chleb orkiszowy. 
Piekłam go przed wyjazdem, nie zdążyłam zrobić wpisu wcześniej.
Wisełko dziękuję Ci za tą cudowną i pyszną improwizację.





Rozczyn:
  • 100 g zakwasu pszennego (piekłam na żytnim, mój pszenny chyba akurat miał lenia, za to żytni aż kipiał chęcią do pracy :)
  • 150 g wody 
  • 150 g mąki orkiszowej typ 2000
  • 1/4 łyżeczki drożdży instant (pominęłam)

Ciasto:
  • cały rozczyn
  • 300 g mąki orkiszowej typ 700
  • 100 g mąki pszennej chlebowej (u mnie typ 850)
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 220 g wody 
  • 1 łyżeczka masła (miękkiego, w temp. pokojowej)

Składniki rozczynu rozmieszać i pozostawić na 2-3 godziny. Pominęłam drożdże więc rozczyn pozostawiłam na ok. 8 godzin.

Po tym czasie wszystkie składniki ciasta poza solą mieszamy i pozostawiamy pod przykryciem na ok. 1/2 godziny. Po tym czasie dodajemy sól i wyrabiamy bardzo dokładnie ciasto, przez dość długi czas, ok. 10 min. 
Wyrobione ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia w naoliwionej misce na ok. 2 godziny. W tym czasie dwukrotnie odgazowujemy ciasto przez składanie.

Formujemy bochenek i układamy go w dobrze omączonym koszyku. Pozostawiamy do wyrośnięcia.
Gdy chleb wyrośnie nagrzewamy piekarnik do 250 st. C. 
Pieczemy z parą na dobrze nagrzanym kamieniu przez 10 min. ( nie posiadam kamienia, zawsze z piekarnikiem nagrzewam blachę i na taką gorącą przerzucam bochenek), a następnie obniżamy temperaturę do 220 st. C i pieczemy bez pary jeszcze przez 15-20 min. 
Pod koniec pieczenia sprawdzamy stukając w spód chleba, upieczony dobrze chleb wydaje głuchy odgłos. Wówczas chleb wyjmujemy i studzimy na kratce.

Smacznego ;)







Z ogromną przyjemnością chleb ten dołączam do sierpniowej listy Wisełki"Na zakwasie i na drożdżach"

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wafelki krówkowe

Przed-urlopowo, siedzę jak na szpilkach odliczając dni :) Już zostało tylko kilka. Nie będzie wczasów i  podróży gdzieś tam na koniec świata, za to będzie rodzinnie. Nie widzieliśmy się bardzo długo. Cieszę się.





W kuchni też bardzo szybko, leniwie i mało ambitnie :) Za to bardzo słodko i bardzo pysznie. 
Kalorycznie? Chyba tak. Ale po kilkugodzinnej niedzielnej wędrówce po Izerach wcinaliśmy je bez wyrzutów sumienia. 
Takie właśnie te wafelki są. Maleńkie i ciężko poprzestać na jednym.





Składniki:
  • 200 g suchych wafli (miałam takie okrągłe niewielkie, średnicy kubka)
  • 1 puszka masy krówkowej (510 g)
  • 100 g miękkiego masła
  • 1 szklanka mleka w proszku
Masło miksujemy, następnie dodajemy masę krówkową i ucieramy do połączenia składników. Stopniowo dodajemy mleko w proszku cały czas miksując na gładką masę.
Masą przekładamy wafelki, układamy je na blaszce, a na wierzch kładziemy deseczkę, lub inny płaski przedmiot który obciąży wafelki. Dzięki temu pozostaną płaskie i równiutkie i nie będą się odkształcać.
Całość wkładamy na kilka godzin do lodówki, aby masa stężała.
Przed podaniem kroimy na mniejsze części.

Smacznego ;)





poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Chleb Młynarza - razem...

... z:





Kolejny wspólny chleb za nami, przed nami mam nadzieję jeszcze nie jeden. 
Dziękuję Wam Dziewczyny za wspólne chwile, za pozytywne emocje, za wspólny chleb, który zawsze smakuje sto razy lepiej niż taki sam, ale samotny.





Tym razem przepis na nasze spotkanie zaproponowała Renia. Propozycja wspaniała, inna być nie mogła bo chleb na zakwasie, bo przepis samego mistrza  Hamelmana. 
Chleb wyszedł mięciutki, z chrupiącą skórką o cudownym i delikatnym smaku. Taki jak lubię najbardziej.
Reniu dziękuję, bo ten chleb miałam okazję piec po raz pierwszy, a z pewnością będę do niego wracać. To kolejny chleb, który od pierwszego razu stał się moim ulubionym :)





Przepis oryginalny mówi o użyciu miksera podczas zagniatania i wyrabiania ciasta. Z pewnością ułatwia on pracę i skraca czas, ale nie jest konieczny. Ciasto można wyrobić bez najmniejszego problemu ręcznie, trwa to z pewnością dłużej, ale jest za to dużo przyjemniejsze. Oczywiście o ile uwielbiacie kontakt z ciastem. Jeśli ktoś lubi czuć jak z każdym ruchem dłoni zmienia się jego konsystencja z bardzo luźnej na coraz bardziej zwartą, aż samo odkleja się od dłoni, jeśli dla kogoś jest to czas relaksu. Ja lubię bardzo i póki starczy mi sił w dłoniach nie dam odebrać sobie tej przyjemności :) 
Inna sprawa że nie posiadam miksera który poradziłby sobie z gęstym ciastem chlebowym, ale z wyżej wymienionych powodów nie tęsknię za nim wcale :)







Proporcje na 1 średniej wielkości bochenek.

Uwaga: podstawą sukcesu jest tu dobrze pracujący zakwas.


Zaczyn:
  • 65 g mąki pszennej chlebowej - u mnie typ 850
  • 45 g wody - ciepłej
  • 1 łyżka aktywnego zakwasu żytniego ( u mnie 100% hydracji)

Ciasto właściwe:
  • cały zaczyn
  • 365 g mąki pszennej chlebowej - u mnie typ 850
  • 20 g mąki żytniej - u mnie razowa typ 2000
  • 250 g wody - ciepłej
  • 1/2 łyżki soli

Składniki zaczynu miksujemy (wymieszałam bardzo dokładnie łyżką), przykrywamy folią by zapobiec obsychaniu i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na 12 godzin, np. całą noc.


Po upływie tego czasu do zaczynu dodajemy wszystkie składniki ciasta właściwego poza solą. Mieszamy na wolnych obrotach przez ok 1 minutę. Ja zagniatałam ciasto ręcznie do chwili aż składniki się dokładnie połączyły i otrzymałam jednolitą masę. Ciasto przykrywamy folią lub ściereczką i pozostawiamy w temperaturze pokojowej na 30-60 minut.

Po tym czasie dodajemy sól i miksujemy na wolnych obrotach przez kilka minut. Ciasto wyrabiałam ręcznie do chwili aż samo zaczęło odklejać się od dłoni i od miski, trwało to także kilka minut. Ciasto będzie dość klejące.
Wyrobione ciasto przekładamy na omączony blat. Jeśli jest zbyt lejące wgniatamy trochę mąki, choć nadal musi być dość wilgotne i klejące. Ja wgniotłam odrobinę mąki, w zasadzie tylko tyle ile miałam na omączonej delikatnie stolnicy. Moje ciasto lekko kleiło się do dłoni, ale nie oblepiało ich całkowicie.
Ciasto przekładamy do naolejonej miski, przykrywamy folią i odstawiamy do wyrastania w ciepłym miejscu na ok. 2,5 godziny. W czasie kiedy ciasto wyrasta co ok. 45 minut odgazowujemy je. Wówczas wyjmujemy ciasto z miski na omączony blat i składamy je najpierw na trzy, a potem obracamy je o 90 stopni i składamy jeszcze na pół. Każdorazowo po odgazowaniu wkładamy z powrotem do naolejonej miski

Po wyrośnięciu (ciasto powinno podwoić objętość) formujemy bochenek i umieszczamy go w bardzo dobrze omączonym koszyku do wyrastania, lub formujemy bochenek i umieszczamy go bez koszyka (bez koszyka ciasto także trzyma kształt, ale wyrasta trochę bardziej na boki niż w górę), wówczas na pergaminie aby łatwiej potem było go przenieść na kamień lub blachę. 
Jeśli bochenek wyrasta w koszyku, szew (czyli właściwy spód bochenka) powinien znaleźć się na górze, jeśli wyrasta bez koszyka to szew bochenka powinien być na spodzie i powinien być dobrze sklejony.
Tak uformowany bochenek odstawiamy do ostatniego wyrastania, w czasie którego bochenek powinien w zasadzie prawie podwoić objętość.

Piekarnik nagrzewamy do 220 st. C., jeśli pieczemy z termoobiegiem to temperaturę ustawiamy odrobinę mniejszą. Ponieważ nie posiadam kamienia do pieczenia, piekarnik nagrzewałam razem z blachą z piekarnika, którą po nagrzaniu się pieca wyjęłam, wyłożyłam papierem do pieczenia i na taką gorącą przerzuciłam z koszyka wyrośnięty bochenek. Bochenek szybko nacinamy żyletką, skalpelem lub ostrym nożem i wkładamy do piekarnika. Na dnie piekarnika ustawiłam foremkę z gorącą wodą.

Chleb pieczemy przez 35-45 minut, gdyby chleb zbyt szybko się rumienił to po 20 minutach pieczenia obniżamy temperaturę, lub też możemy przykryć bochenek od góry folią aluminiową.
Chleb jest gotowy do wyjęcia gdy postukany od spodu będzie wydawał głuchy odgłos.

Upieczony bochenek studzimy na kratce.


Smacznego ;)











niedziela, 21 lipca 2013

Sernik na zimno - bardzo mocno jagodowy z domową galaretką.

Bez zmian. Za Dzieciem tęsknimy dalej. Do tego czas jak na złość dłuży się potwornie. Do urlopu w sierpniu jeszcze prawie miesiąc. 
Do okularów się przyzwyczajam, już mi nie ciążą na nosie :)




Sernik. Mój ulubiony. Od kiedy wiele lat temu znalazłam go u Myniolinki to w wersji truskawkowej i jagodowej jest dla mnie obowiązkowym punktem lata. Jestem pewna że w wersji z innymi owocami będzie smakował również niesamowicie. Waniliowy i bardzo mocno owocowy. Najlepiej smakuje z domową galaretką z prawdziwych owoców, do której przyrządzenia bardzo Was zachęcam. Pracy i czasu przy niej niewiele więcej niż przy tych z opakowania, a smak nieporównywalny. I do tego bez sztucznych barwników i innych dziwnych substancji. 
Udało mi się Was namówić?




Składniki:
  • 500 g serka śmietankowego (dałam homogenizowany, z wiaderka, dość gęsty)
  • 200 ml śmietany kremówki (tu 36%)
  • ok. 3/4 szklanki cukru pudru (jeśli lubicie bardziej słodko, lub gdy macie kwaśne owoce można dać śmiało więcej)
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego (jeśli używacie sztucznego aromatu wystarczy pewnie parę kropel, ale od razu mówię że to na pewno nie to samo co domowy ekstrakt z prawdziwej wanilii)
  • 3 łyżki żelatyny i 1/3 szklanki wrzątku
  • 1 i 3/4  szklanki  jagód
  • 1 małe opakowanie okrągłych biszkoptów

Galaretka jagodowa:
  • 2 szklanki jagód
  • ok. 100 g wody
  • 1 łyżka żelatyny + 1/4 szklanki wrzątku
  • cukier do smaku (u mnie 1/2 szklanki)
Tortownicę o średnicy 24 cm wykładamy papierem do pieczenia, a spód wykładamy okrągłymi biszkoptami.
Żelatynę (3 łyżki) rozpuszczamy w gorącej wodzie (1/3 szklanki) i pozostawiamy do całkowitego ostygnięcia. Żelatyna powinna być całkiem wystudzona ale jeszcze płynna.
Śmietankę ubijamy na sztywno. Serek mieszamy z cukrem pudrem i ubitą śmietaną, dodajemy też ekstrakt waniliowy. Wszystko razem dokładnie miksujemy, a na koniec cienkim strumyczkiem cały czas miksując dodajemy 2/3 rozpuszczonej i przestudzonej wcześniej żelatyny.
Masę tą dzielimy na dwie części. 
Jedną część pozostawiamy białą i wykładamy ją na biszkopty. Na białą masę wysypujemy ok. 3/4 szklanki całych jagód, za pomocą łopatki lekko wciskamy je w masę. 
Na czas przygotowania masy jagodowej tortownicę z białą masą wstawiamy do lodówki, gdy lekko stężeje łatwiej będzie rozprowadzić następną warstwę.
1 szklankę jagód miksujemy blenderem i łączymy je z pozostałą częścią masy serowej. Dodajemy do niej powoli, cienkim strumyczkiem pozostałą żelatynę (jeśli w tym czasie żelatyna stężeje, lekko ją podgrzewamy aby stała się płynna) i miksujemy jeszcze chwilę by dobrze połączyła się z masą.
Masę jagodową rozprowadzamy na masie białej i  na czas przygotowania galaretki odstawiamy sernik do lodówki.

Przygotowujemy galaretkę z jagód.
Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie i studzimy, tak aby była przestudzona ale jeszcze płynna. Miksujemy blenderem jagody z cukrem i wodą. Cały czas miksując mikserem dolewamy cienkim strumyczkiem żelatynę. Galaretkę pozostawiamy w temperaturze pokojowej do momentu aż zacznie lekko gęstnieć.
Tężejącą galaretkę wylewamy na sernik i ponownie odstawiamy całość do lodówki na kilka godzin do stężenia.

Smacznego ;)










Przepis dołączam do akcji Oli "Jagodowo Nam"


Jagodowo Nam edycja 5!

niedziela, 14 lipca 2013

Chleb żytni ze słonecznikiem i siemieniem lnianym na zakwasie

Minęło już sporo czasu od chwili kiedy napisałam tu ostatni post i wiele się przez ten czas wydarzyło. Stałam się okularnicą bo psychotesty dla kierowców, a dokładniej test widzenia odległości zweryfikowały mój "całkiem dobry" wzrok. Okazało się że wcale nie jest on taki dobry jak mi się wydawało, a ja nie mogę wyjść z podziwu że świat można widzieć tak wyraźnie :)
Gościem u nas do niedawna była moja Mama z którą nie widziałyśmy się chyba wieki. Mama wyjechała tydzień temu a razem z nią mój Dzieć na swoje pierwsze wakacje bez nas, rodziców. Brakuje mi Go jak diabli, a obecna cisza w domu przy Jego nigdy nie zamykającej się buzi wcale nie cieszy, wręcz przeciwnie - jest nie do zniesienia. Nie potrafię odpoczywać w tej ciszy, nie umiem znaleźć sobie miejsca. Z niecierpliwością odliczam dni do sierpniowego urlopu i zastanawiam się jak wytrzymam.
Czas się dłuży, tylko w pracy płynie normalnie. Niewiele gotuję, chleb piekę jak zawsze.




Inspirację znalazłam w książce "Domowy chleb, bułki i bułeczki" w której przepisy zebrała i opracowała Anna Wrońska. W oryginale z rodzynkami, ja je odpuściłam, dodałam w zamian ziarno słonecznika. Zmieniłam proporcje tak, aby pasowały na moją ulubioną keksówkę 30x11 cm. 
Przepis bardzo Wam polecam, bo chleb wyszedł rewelacyjny, a ja piekłam go już wiele razy. Przepis podaję już po moich zmianach, tak jak zawsze go robię.




Zaczyn:
  • 90 g aktywnego zakwasu żytniego
  • 130 g mąki żytniej razowej typ 2000
  • 130 g ciepłej wody
Ciasto właściwe:
  • cały zaczyn
  • 400 g mąki żytniej chlebowej typ 720
  • 320 g ciepłej wody
  • 1 łyżeczka soli morskiej
  • 1 łyżeczka cukru
  • garść siemienia lnianego
  • garść prażonego ziarna słonecznika + jeszcze trochę do posypania wierzchu bochenka.

Składniki zaczynu mieszamy i pozostawiamy pod przykryciem ( u mnie ściereczka i folia spożywcza aby zaczyn nie obsychał) na ok. 8 do 10 godzin w miejscu bez przeciągów.
Po tym czasie do zaczynu dodajemy mąkę, wodę, sól i cukier. Mieszamy łyżką do połączenia się składników. Następnie dodajemy siemię i ziarno słonecznika i ręcznie zagniatamy tak, aby ziarna rozłożyły się równomiernie w cieście.
Ciasto przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i pozostawiamy pod przykryciem do wyrastania. Wyrastanie może trwać dość długo, wszystko zależy od aktywności zakwasu jak i temperatury otoczenia, dlatego nie podaję czasu.

Piekarnik nagrzewamy do temp. 230 st. C.

Wyrośnięty bochenek wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy przez 15 min. w temperaturze 230 st. C. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 200 st. C i pieczemy jeszcze przez ok. 40 min. 
Chleb w trakcie pieczenia należy obserwować, gdyby rumienił się zbyt mocno i za szybko z wierzchu przykrywamy go folią aluminiową. Po upływie podanego czasu chleb wyjmujemy z piekarnika  i z formy. Sprawdzamy czy jest upieczony stukając bochenek od spodu. Jeśli wyda głuchy odgłos to znaczy że bochenek jest gotowy do wyjęcia. Jeśli bochenek jest od spodu blady i nie wydaje głuchego dźwięku dopiekamy go jeszcze bez formy tak długo jak trzeba, sprawdzając co kilka minut.

Upieczony bochenek wyjmujemy z formy i studzimy na kratce. Kroimy po całkowitym ostygnięciu.

Smacznego ;)








Z ogromną przyjemnością chleb ten dołączam do lipcowej listy Wisełki: "Na zakwasie i na drożdżach"

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...