niedziela, 9 września 2012

Miękki chleb pszenny

A raczej bułeczka w formie bochenka, taka do krojenia na kromki. Ma bardzo delikatny miąższ, delikatny smak. Jej przygotowanie jest na prawdę nieskomplikowane. 
A chleb jak dla mnie to ten na zakwasie, takie lubię najbardziej i najczęściej piekę. Ten o niesamowitym zdecydowanym kwaskowym smaku i ten który nauczył mnie cierpliwości :) Bo nie ukrywajmy, przy wyrastaniu to trzeba jej trochę mieć :)
Czasem jednak zdarza się w domu chlebowa awaria, zagapię się z przygotowaniem zakwasu, czy zwyczajnie chleb zniknie wcześniej bo np. "obiad był cienki" :) 
A chleb w domu musi być i koniec, bo dzieć teraz musi mieć kanapki do szkoły. I to po jednej na każdą przerwę :)
W takiej sytuacji bułki i chlebki drożdżowe że tak powiem "ratują mi tyłek" :)


Za przepis dziękuję Paulinie, dzięki której moja przygoda z pieczeniem chleba się zaczęła i tak sobie do dzisiaj trwa. A przy okazji składam "świeżo upieczonym" Rodzicom Paulinie i Michałowi ogromne i serdeczne gratulacje :)




Składniki:

  • 4 g drożdży instant lub 8 g drożdży świeżych ( u mnie drożdże świeże)
  • 1 łyżeczka cukru
  • 175 g ciepłej wody
  • 300 g mąki pszennej (dałam typ 650)
  • 25 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 20 g miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • dodatkowo opcjonalnie garść sezamu lub innych ziaren do posypania.

Drożdże świeże rozkruszamy i rozpuszczamy w ciepłej wodzie. Dodajemy też łyżeczkę cukru. Odstawiamy rozczyn pod przykryciem na kilka minut aby drożdże zaczęły pracować. Drożdży instant nie trzeba rozpuszczać, można dodać wprost do miski ze wszystkimi pozostałymi składnikami.

W misce umieszczamy wszystkie pozostałe składniki, dodajemy rozczyn i mieszamy wszystko łyżką. Ciasto przekładamy na blat i wyrabiamy aż będzie gładkie. W razie potrzeby gdyby się kleiło, można podsypać przy wyrabianiu odrobiną mąki.
Wyrobione ciasto przekładamy do miski wysmarowanej odrobiną oleju, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski, formujemy bochenek, lub jeśli wolicie małe bułeczki. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy znów do wyrośnięcia.

Piekarnik nagrzewamy do 220 st. C.

Wyrośnięty bochenek (jeśli chcecie posypać go ziarenkami, jeśli nie, to nie trzeba) spryskujemy wodą np. ze spryskiwacza do kwiatów. Posypujemy ulubionymi ziarenkami i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Na tej samej półce w piekarniku dobrze jest postawić niewielkie naczynie z wodą, lub co kilka minut na początku wytworzyć parę przez spryskanie ścianek piekarnika wodą (tylko nie po grzałkach).
Chlebek pieczemy przez ok. 25 minut do chwili ładnego zrumienienia się skórki. Chlebek jest gotowy gdy postukany od spodu będzie wydawał głuchy odgłos.
Jeśli zdecydujecie się na uformowanie małych bułeczek, czas pieczenia będzie trzeba odpowiednio skrócić.

Chlebek (ewentualnie bułeczki) po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego ;)





niedziela, 2 września 2012

A kiedy czas na śliwki i gruszki to u mnie bananowiec

No właśnie, tak to czasem bywa :) 
I wcale nie jest mi z tym dobrze, ale dzieci jednak potrafią przekonać :) Nie to, żebym nie protestowała. Na nic były tłumaczenia że zaraz skończą się śliwki, gruszki pewnie też, a na banany będzie jeszcze cały rok. Nie i już, bo jak dzieć zobaczy coś gdzieś co się spodoba, a jeszcze wie że mama może upiec, to koniec. Skapitulowałam po trzech dniach  i w końcu upiekłam. 
Ciasto wyszło przepyszne, a dzieć... zawiedziony bo krem wyszedł dość mocno alkoholowy. Ja co prawda pominęłam przepisowy rum ( bo go nie miałam), ale uwaga... czym go zastąpiłam? Ekstraktem waniliowym zrobionym na wódce. Ot, mądra mama. Dzieć musiał odczekać ze spróbowaniem ciasta jeszcze z dwa dni, po tym czasie procenty się w dość znacznej ilości ulotniły. A banany... zostały przez dziecia wyskubane i odłożone na bok "bo takie w cieście wcale nie są dobre" :)) Ech, a mogłam wsadzić gruszki...
Tak czy inaczej ciasto bardzo Wam polecam. Jest bardzo smaczne. Alkoholowo waniliowy krem dodaje dojrzałym, słodkim i nieco mdłym bananom lekkiego "pazura". Całość w polewie czekoladowej i na kakaowym cieście bardzo fajnie się komponuje. Jeśli ciasto będzie jadło dziecko to pomińcie ten alkohol w kremie :)

Przepis dzieć wynalazł w gazecie "Sól i Pieprz" nr 1/2011. Trochę go zmodyfikowałam, bo ugotowałam domowy budyń do kremu (do zagospodarowania były przecież żółtka pozostałe po zrobieniu tortu bezowego), w gazecie proponowany był budyń z torebki. Rum w kremie zastąpiłam ekstraktem waniliowym. Polewę zrobiłam również sama, moją ulubioną.  Nie lubię tych gotowych.
Przepis podaję już po moich zmianach.


Proporcje na blaszkę 40x25 cm.

Ciasto:
  • 5 jajek
  • 200 g cukru najlepiej drobnego
  • 125 ml oleju słonecznikowego
  • 125 ml wody
  • 200 g mąki tortowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki kakao
Krem:
  • 2 szklanki mleka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 10 g cukru waniliowego
  • 1 1/2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 1/2 łyżki mąki pszennej
  • 6 żółtek
  • 250 g masła (wyjmujemy je wcześniej z lodówki, aby było miękkie)
  • 4 łyżki ekstraktu waniliowego
  • ok. 7 szt. dojrzałych bananów
Polewa czekoladowa:
  • 100 g margaryny
  • 100 g cukru pudru
  • 200 g gorzkiej czekolady (ja dałam 1 mleczną i 1 gorzką)
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Zaczynamy od ugotowania budyniu. 1 szklankę mleka z cukrem zagotować. Do drugiej szklanki mleka dodajemy 5 żółtek, cukier waniliowy, mąkę ziemniaczaną i pszenną i miksujemy to dokładnie. Tak przygotowaną mieszankę dodajemy do gotującego mleka i gotujemy na małym ogniu, często mieszając aby nie porobiły się grudki. Gdy budyń zgęstnieje i zacznie wrzeć gotujemy jeszcze chwilkę cały czas mieszając. Ugotowany budyń odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Piekarnik nagrzewamy do temp. 180 st. C
Żółtka oddzielamy od białek i ucieramy z cukrem olejem i wodą na puszystą masę. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i kakao, następnie przesiewamy na masę żółtkową i delikatnie mieszamy do połączenia składników.
Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do masy i delikatnie mieszamy (ręcznie albo na bardzo wolnych obrotach miksera) do połączenia się w jednolitą masę.
Ciasto przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki, wkładamy do nagrzanego do 180 st. C piekarnika i pieczemy ok. 40 min, pod koniec pieczenia sprawdźcie patyczkiem. Jeśli będzie suchy to ciasto jest gotowe. Po upieczeniu ciasto wyjmujemy i pozostawiamy do wystudzenia.


Przygotowujemy krem. Bardzo ważne, aby krem się nie zważył jest to aby wszystkie składniki miały jednakową temperaturę, czyli budyń musi być dokładnie wystudzony, a masło musi być wyjęte wcześniej z lodówki.
Masło ucieramy z 1 żółtkiem i ekstraktem waniliowym na puch. Cały czas miksując dodajemy powoli, dosłownie po 1 łyżce budyń (gdy dodamy za szybko krem może się zważyć).

Banany obieramy i kroimy w dość grube plasterki, które układamy na wystudzonym cieście dość ciasno, jeden przy drugim. Przykrywamy je kremem. 

Przygotowujemy polewę czekoladową. Wszystkie składniki oprócz czekolady rozpuścić na małym ogniu, a następnie dodajemy połamaną na kostki czekoladę i mieszamy na wolnym ogniu do chwili jej całkowitego rozpuszczenia się. Polewę zostawiamy na chwilę aby lekko ostygła. Ciasto dekorujemy polewą czekoladową i odstawiamy do schłodzenia do lodówki.

Smacznego :)




czwartek, 30 sierpnia 2012

Versatile Blogger Award

Do zabawy zostałam zaproszona przez Ilkę i Justkę
Bardzo Wam dziękuję Dziewczyny. Jest mi bardzo miło. Ostatnio piszę tak rzadko i jestem tak niesystematyczna, że nie spodziewałam się w ogóle wyróżnienia. Tym bardziej jest mi więc bardzo miło i tym bardziej Wam dziękuję że mnie pamiętacie.


Jakie są zasady zabawy? Cytuję za Dziewczynami:

1. nominuj 15 blogów, które Twoim zdaniem zasługują na wyróżnienie
2. poinformuj o tym nominowanych
3. ujawnij 7 faktów o sobie
4. podziękuj blogerowi, dzięki któremu otrzymałeś nominację u niego na blogu
5. pokaż nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu

Trochę o mnie:
- mam Męża i prawie 7-letniego Synka
- ostatnio ciężko mi skupić się na czymkolwiek bo strasznie przeżywam to że dzieć mój idzie do szkoły, że to już się zaczyna, chyba bardziej niż on sam. Myślę o tym jak to będzie, jak się zaaklimatyzuje, jak da sobie radę, no i czy gaduła wytrzyma nie rozmawiając na lekcjach. Czy posypią się uwagi? Już za parę dni się przekonam :)
- uwielbiam piec, gotować - o tym chyba wiedzą wszyscy. Bez tego przecież nie byłoby tego bloga
- nie znoszę zmywać garów - haha o tym przecież też wszyscy wiedzą :)
- nie lubię zakupów - jak dla mnie mogą istnieć tylko stoiska i sklepy z akcesoriami kuchennymi, do całej reszty wystarczy mi internet :)
- lubię pracę w ogródku, przy pieleniu odreagowuję stresy
- marzę sobie o lustrzance, ale ciągle mam inne pilniejsze wydatki. No cóż może kiedyś się uda :)

Ostatnią, a raczej pierwszą zasadą tej zabawy jest wyróżnienie kolejnych 15 osób. Problem polega na tym że jest wiele więcej blogów które lubię i odwiedzam, co widać nawet w pasku bocznym. A to nie są wszystkie :) 
Próbowałam, ale serio nie mam pojęcia jak mam wybrać. Są wśród nich osoby które  cudownie piszą, robią fantastyczne zdjęcia, wspaniale pieką i gotują, są też takie obiboki jak ja :)) ale każdy z Was wkłada wiele serca w to co robi, a w każdym wpisie pozostawia cząstkę siebie. Każdy zasługuje na wyróżnienie :)
Nie gniewajcie się więc że nie wymienię nikogo, niech po prostu każdy czuje się przeze mnie nominowany.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tort bezowy z kremem kawowym

Brzydki?
Wiem, że wygląda jakbym się kompletnie nie postarała :) De facto można powiedzieć że tak właśnie było, bo torcik jest na prawdę bardzo mało pracochłonny. Chyba najmniej jaki w życiu zdarzyło mi się robić.
Ale też i nie do końca, bo wymaga jednak trochę serca i delikatności. Z bezami trzeba jak z jajkiem (facet  z rodzaju dżentelmen zapewne powiedziałby pewnie że jak z kobietą), krótko mówiąc - delikatnie.



Bezy wyszły bardzo chrupiące z zewnątrz, mięciutkie w środku, po prostu idealne. Zupełnie nie rozumiem czemu do tej pory tak trzęsłam portkami przed pieczeniem pavlowej czy blatów na tort bezowy. Zupełnie jak kiedyś, gdy pierwszy raz odważyłam się upiec bezową roladę. Tak, to moja pierwsza beza, a raczej bezy pieczone w tej postaci. Udało się i teraz już wiem że będę powtarzać częściej. A za przepis dziękuję Dorotuś.

Torcik zrobiłam z okazji urodzin mojego kochanego Męża. Wszystkiego najlepszego Miśku :)




Blaty  bezowe ( 3 szt. o średnicy 20 cm):

  • 6 białek
  • 250 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

Krem kawowy:
  • 250 g serka mascarpone 
  • 250 ml śmietany kremówki 
  • 2 łyżeczki kawy instant rozpuszczonej w 1 łyżce gorącej wody
  • 2 łyżki cukru pudru
  • ewentualnie owoce (u mnie borówka amerykańska, ale można dać też inne) do dekoracji

Bezy najlepiej upiec na noc, tak aby zdążyły bez problemu dobrze wyschnąć w piekarniku.

Blaszkę ( wykorzystałam trzy oddzielne blachy) wykładamy papierem do pieczenia, na którym od miski lub talerzyka odrysowujemy okręgi o średnicy 20 cm.
Piekarnik nagrzewamy do 140 st. C.

Białka ubijamy na sztywną pianę. Następnie cały czas ubijając dodajemy powoli, po jednej łyżce cukier puder. Na końcu dodajemy sok z cytryny i mąkę ziemniaczaną i delikatnie łączymy je z masą. Ja zrobiłam to mikserem na bardzo wolnych obrotach.
Tak przygotowaną masę w mniej więcej równych ilościach wykładamy na  wcześniej narysowane na papierze okręgi.
Bezy pieczemy przez 1 godzinę w nagrzanym do 140 st. C piekarniku. Najlepiej i najszybciej jest gdy wszystkie pieką się w tym samym czasie. Swoje piekłam na trzech poziomach piekarnika przy włączonym termoobiegu.
Po upieczeniu uchylamy lekko piekarnik i w ten sposób bezy pozostawiamy do ostygnięcia. Najlepiej zrobić to na noc.


Krem najlepiej przygotować i przełożyć bezy na krótko przed podaniem (myślę że jedną-dwie godziny). A to z tego względu że z czasem bezy chłoną wilgoć z kremu, stają się miękkie i tracą chrupkość. Dlatego też tort ten nie nadaje się do długiego przechowywania. Najlepiej zjadać go od razu.
Jeśli lubicie takie smaki to gwarantuję że nie będziecie mieli z tym problemu bo tort ten wychodzi niesamowicie pyszny.

Blaty są dość kruche, więc bardzo delikatnie , podtrzymując od dołu oddzielamy je od papieru.


Kawę rozpuszczamy w 1 łyżce gorącej wody, studzimy i wstawiamy do lodówki do schłodzenia, tak aby  miała tą samą temperaturę co śmietana i serek.
Wszystkie składniki wkładamy do miski i ubijamy mikserem. Ja wcześniej ubiłam śmietanę z cukrem i taką ubitą dodałam do mascarpone. Ale nie ma to większego znaczenia, można dać wszystko na raz do jednej miski i też wyjdzie. Najważniejsze jest to aby wszystkie składniki miały tę samą temperaturę, czyli wyciągamy wszystko z lodówki i już.
Masę dzielimy na dwie równe części i przekładamy nią wszystkie trzy blaty. Krem delikatnie i z wyczuciem rozprowadzamy na blatach, uważając by ich zbyt mocno nie pokruszyć.
Wierzch można udekorować ulubionymi owocami. Borówki to może nie do końca dobry pomysł :) bo uciekają. Wybierzcie coś mniej okrągłego :)

Smacznego :)



P.S. W następnym poście powiem do czego przydały się żółtka :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

... i pyszne drożdżówki z budyniem i śliwką

Witajcie  
A te kropy ... w tytule to stąd, że mam tyle do powiedzenia, że nie wiem od czego mam zacząć :)
Na początku dziękuję Wam Kochani za wszystkie kciuki. Bardzo mi pomogły. Egzamin zdałam, choć łatwo nie było, a nauki tyle że przypomniały się studenckie czasy. Tyle tylko że te "parę" lat temu jakoś wszystko przychodziło łatwiej. Ale najważniejsze że się udało, jestem brakarzem III klasy i z tego bardzo się cieszę.
Trudne było też rozstanie z moimi chłopakami, tym dużym i tym małym. To chyba pierwsze w życiu, stęskniłam się za nimi bardzo. 
A co potem, po powrocie? Musieliśmy się sobą nacieszyć, musiałam odreagować stres po szkoleniu i egzaminie, odpocząć od miasta, od którego bardzo odwykłam, mimo że tu w mojej wsi mieszkamy dopiero od prawie roku. Odkryłam że miasto mnie potwornie męczy. 
Przez prawie dwa tygodnie nie gotowałam, nie piekłam chleba, czułam się dziwnie :) Zaraz po powrocie musiałam coś upiec, mimo że upał był niesamowity i normalnie to w godzinach południowych nawet koniem nie dałabym się zaciągnąć aby włączyć piekarnik.
Wiem, teraz powinnam sypać postami jak z rękawa, ale tak nie będzie. Bo albo wracałam do moich starych sprawdzonych przepisów, które już tu na blogu są, albo były to klasyki.
Było ciasto kruche z delikatną budyniową pianką (no ręka do góry, kto jeszcze nie zna :) ) Nie raz :) bo za każdym razem z innymi owocami. Były pierogi z jagodami, mmm... pycha, już nie mogę doczekać się następnego lata :)
I byli też goście. Z Siostrą i jej rodzinką nie widziałyśmy się od prawie dwóch lat.
Była szarlotka z może niezbyt pięknych, ale za to moich własnych papierówek



Z budyniową pianką inspirowana wspomnianym wcześniej ciastem. Znikła tak szybko że nie doczekała się dokumentacji fotograficznej. Wspólnie obierane papierówki z moim prawie 7-letnim Dzieciem. Te chwile w kuchni lubię najbardziej i mam cichą nadzieję że i mój Dzieć będzie je wspominał :) To nic, że wszystko trwa dwa razy dłużej, a jabłka po obraniu przypominają kostki Rubika i niewiele z nich zostaje. Nie to jest przecież najważniejsze :)





No i obowiązkowe ciasto drożdżowe z babciowego przepisu, tym razem ze śliwkami.
Teraz dojrzewają węgierki. Knedle ze śliwkami często u nas goszczą.


i okrągłe fioletowe maleństwa (mirabelki? myślałam że są tylko żółte), które za czorta nie chcą odejść od pestki. Wychodzi z nich pyszny kompot, nie mam pomysłu co jeszcze mogę z nich zrobić.


Czekam na gruszki ...


i szarą renetę, ale to jeszcze trochę...



Czy jest ktoś kto dotrwał do końca? Wiem że przesadziłam, wybaczcie. 
To zapraszam na pyszne drożdżówki z przepisu który znalazłam u Asi Słodkiej Babeczki (Asiu dziękuję, przepis jest fantastyczny), a który pochodzi od Olgi Smile. Asia zaproponowała budyń domowej roboty oraz dodatek owoców i był to strzał w 10-tkę :)
U mnie wyszło 12 średniej wielkości sztuk.



Ciasto:
  • 500 g mąki pszennej (dałam typ 500)
  • 100 g masła extra
  • 1/2 szklanki cukru
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 szklanka (250 ml) mleka
  •  szczypta soli

Budyń:
  • 1 1/2 szklanki mleka (szklanka 250 ml)
  • 2 czubate łyżki mąki pszennej
  • 2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
  • ok 1/2 szklanki cukru ( ja dałam równe 1/2 szklanki)
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego lub pasty waniliowej (ja dałam domowej produkcji ekstrakt waniliowy)
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • dodatkowo dałam jeszcze 10 g cukru z prawdziwą wanilią

Ponadto:
  • dowolne owoce do ułożenia na bułkach, na każdej bułeczce położyłam połówkę węgierki
  • 1 roztrzepane jajko do smarowania bułek przed pieczeniem (wykorzystałam do tego celu pozostałe po ugotowaniu budyniu białko)
  • dodatkowo bułeczki posypałam przed pieczeniem kruszonką (przepis tu) i brązowym cukrem.

Zaczęłam od przygotowania budyniu, aby zdążył ostygnąć.
Zagotować szklankę mleka z cukrem i cukrem waniliowym, oraz ekstraktem waniliowym. Pozostałe pół szklanki miksujemy z jajkiem, żółtkiem i mąkami, a następnie dodajemy do gotującego się mleka. Cały czas mieszając, aby nie porobiły się grudki, doprowadzamy budyń do wrzenia i chwilę jeszcze gotujemy. Pozostawiamy do ostygnięcia.

Zabieramy się za ciasto drożdżowe. 
Mleko podgrzewamy, tak aby było letnie. Z  połowy mleka, drożdży, 1 łyżeczki cukru i 1 łyżeczki mąki przygotowujemy rozczyn i pozostawiamy pod przykryciem w ciepłym miejscu, aby drożdże się uaktywniły. Do miski przesiewamy mąkę. Masło rozpuszczamy w pozostałej ilości ciepłego mleka.
Do miski z mąką dodajemy rozczyn i pozostałe składniki, mieszamy oraz wyrabiamy gładkie i elastyczne ciasto.
Ciasto przekładamy do miski i pozostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia, czyli do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto chwilkę jeszcze wyrabiamy i dzielimy na tyle równych części ile chcemy mieć bułeczek, u mnie 12 sztuk. Z każdej części formujemy bułeczkę kulkę (rozpłaszczamy lekko dłonią i zbieramy wszystkie brzegi do środka - tak jak byśmy chcieli zawiązać woreczek) i układamy w dość dużych odstępach łączeniem do dołu, na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Po uformowaniu wszystkich bułeczek przykrywamy blaszkę ściereczką i pozostawiamy do napuszenia.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 st. C.
W napuszonych bułeczkach wyciskamy dnem niewielkiej szklanki dołki, które wypełniamy budyniem. Na budyniu układamy połówki śliwek lub inne owoce. 
Brzegi bułeczek smarujemy roztrzepanym jajkiem (u mnie białko)
Jeśli chcecie to przygotujcie wcześniej kruszonkę i posypcie nią bułeczki przed pieczeniem, dodatkowo posypałam je jeszcze brązowym cukrem.

Piekłam w rozgrzanym do 190 st. C piekarniku przez ok. 20-25 min, do momentu aż brzegi bułeczek ładnie się zrumieniły.

Po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego ;)




środa, 11 lipca 2012

Prosty chleb orkiszowy na zakwasie i drobne "ogłoszenie parafialne".

No to może zacznę od ogłoszenia :) Jakiś czas temu obiecałam sobie że nie będę pisała już o przerwach w blogowaniu. W tym moim konkretnym przypadku nie ma to sensu, bo wpisy pojawiają się tu ostatnio i tak bardzo rzadko. Dziękuję Wam za to, że mimo wszystko tu ze mną jesteście :)
Za kilka dni wyjeżdżam i nie będzie mnie prawie do końca lipca. Zapewne przed wyjazdem to już mój ostatni wpis, bo jeszcze sporo pracy i przygotowań przede mną. Nie będę miała w tym czasie dostępu do internetu, bo negocjacje z małżonem żeby oddał lapka raczej spełzną na niczym :) (no cóż gra w War2 ma swoje prawa :)) a dopiero owce karmił na Farmie :)) ) Nie będę miała też możliwości kontrolowania tego co się tu dzieje, więc tak myślę (choć nie jestem przekonana czy to dobry pomysł) że za kilka dni włączę moderację komentarzy. Ale obiecuję że po moim powrocie wszystkie komentarze opublikuję. To tyle jeśli chodzi o sprawy blogowe, no i może jeszcze jedno :) Mam prośbę - trzymajcie kciuki bo jadę na szkolenie, które się kończy trudnym i dość ważnym dla mnie egzaminem :)
Bardzo nie chciałam, a i tak się rozgadałam :)

A chlebek orkiszowy z dodatkiem mąki pszennej który znalazłam u Kasi z bloga "Smaki i Aromaty" jest pyszny, delikatny w smaku i faktycznie bardzo prosty no i jeszcze przyjemny jeśli chodzi o wyrabianie ciasta. Z podanej ilości składników upiekłam dwa bochenki takie po ok. 700 g i bardzo szybciutko zniknęły.
Kasiu, bardzo Ci dziękuję za ten przepis. Jest wspaniały, także polecam Wam bardzo bardzo bardzo :)







Zaczyn:

  • 90 g zakwasu żytnio-orkiszowego ( u mnie zakwas żytni)
  • 150 g mąki orkiszowej typ 2000
  • 50 g mąki żytniej typ 2000
  • 200 g wody

Ciasto właściwe:
  • 500 g mąki orkiszowej typ 700
  • 230 g mąki pszennej typ 650
  • 1 płaska łyżka soli morskiej
  • 1 płaska łyżeczka cukru trzcinowego
  • 300-450 g wody ( ja dałam 300 g bo chciałam uformować bochenki i bałam się że mi się rozjadą, jeśli natomiast planujecie piec w foremkach to myślę że z powodzeniem można dać więcej)

Składniki zaczynu wymieszać wieczorem i odstawić na noc w temperaturze pokojowej pod przykryciem. U mnie zaczyn stał od rana przez 8 godzin.

Do zaczynu dodać wszystkie składniki ciasta właściwego i dobrze wyrobić ciasto. Można wyrabiać mikserem. Ja wyrabiałam ręcznie dodając wodę stopniowo, tak aby wychwycić odpowiednią konsystencję ciasta. Przy użyciu 300 g wody otrzymałam w miarę zwarte, lekko lepkie, ale nie klejące ciasto, bardzo przyjemne w wyrabianiu.
Wyrobione ciasto wkładamy do miski i odstawiamy pod przykryciem do wyrastania na 2 godziny czasu. W trakcie tego wyrastania 2 razy ciasto składamy (np. w ten sposób) tak co ok. 40 minut.

Po tym czasie ciasto przekładamy na omączony blat, lekko zagniatamy. Dzielimy je następnie na dwie równe części które formujemy w bochenki i albo wkładamy do omączonych koszyków, albo do wysmarowanych olejem i wysypanych otrębami keksówek. Koszyki lub foremki odstawiamy pod przykryciem do ponownego wyrastania na ok. 2-3 godziny, u mnie było to troszkę dłużej chyba ok. 4-5 godzin, wszystko zależy od zakwasu i temperatury otoczenia.


Piekarnik nagrzewamy do temp. 200 st. C.

Wyrośnięte bochenki przerzucamy z koszyków na wyłożoną papierem do pieczenia blachę lub po prostu pieczemy w keksówkach w naparowanym piekarniku. Po 15 minutach pieczenia temperaturę obniżamy do 190 st. C i pieczemy jeszcze przez ok. 25-30 minut. Moje bochenki pieczone luzem bez keksówek piekłam na termoobiegu przez 15 minut w temp. 200 st. C i przez 20 min. w temp. 190 st. C. Po tym czasie były gotowe.

Po upieczeniu wyjmujemy bochenki i do wystudzenia zostawiamy na kratce.

Smacznego ;)



niedziela, 24 czerwca 2012

Chleb delikatny na zakwasie

Jak sama nazwa wskazuje to na prawdę delikatny w smaku chleb o bardzo ładnej, regularnej strukturze. W smaku neutralny, będzie pasował do wszystkiego. Ciasto ma bardzo "sympatyczną" konsystencję, nie klei się podczas wyrabiania, bardzo dobrze się z nim pracuje. Moim zdaniem idealny dla tych którzy zaczynają dopiero przygodę z wypiekami na zakwasie. Także dla tych, którzy chcieliby upiec owalny lub okrągły bochenek, a nie posiadają koszyka rozrostowego, bo chleb doskonale zachowuje swoją formę podczas wyrastania bez jego pomocy. 
Jeśli chcecie przyspieszyć wyrastanie, lub macie młody zakwas możecie oczywiście dodać odrobinę drożdży. Ja nie dodałam, nigdy nie dodaję ich do chleba na zakwasie. A że zabrałam się za niego trochę późno, to nie zdążył mi wystarczająco wyrosnąć . No cóż, nie było więcej czasu, więc włożyłam go do lodówki i poszłam do pracy, a po powrocie wyjęłam chleb z lodówki. Okazało się że jeszcze w lodówce sporo podrósł. Byłam zaskoczona bo lodówkowe wyrastanie generalnie mnie nie lubi :) Chleb pozostawiłam w cieple jeszcze na ok. 1 1/2 godziny i dopiero wtedy upiekłam.
Przepis znalazłam u Olcika, a pochodzi on z tej strony. Dziękuję Wam Dziewczyny za przepis, a Wam moi kochani bardzo, bardzo polecam.








Składniki:

  • 230 g aktywnego zakwasu żytniego ( ja zrobiłam zaczyn: 60 g zakwasu żytniego + 90 g mąki żytniej razowej typ 2000 + 90 g letniej wody. wymieszałam i pozostawiłam na ok. 8 godzin)
  • 150 g letniego mleka
  • 70 g letniej wody (ja dałam 80 g)
  • 25 g oleju
  • 140 g mąki żytniej jasnej ( u mnie typ chlebowa 720)
  • 400 g mąki pszennej (ja dałam typ 550)
  • 1 płaska łyżka soli (dałam 1/2 płaskiej łyżki)
  • 1 łyżeczka cukru
  • opcjonalnie 1 łyżeczka drożdży ( nie dodawałam)

Do zakwasu dodajemy pozostałe składniki ciasta i wyrabiamy je na gładkie jednolite ciasto. Jeśli ciasto wydaje Wam się  za suche, możecie dodać troszkę więcej wody, ja dodałam 10 g więcej.
Wyrobione ciasto pozostawiamy pod przykryciem do czasu aż podwoi objętość. Ja pozostawiam zwykle na ok. 1 - 11/2 godziny czasu. W tym czasie ciasto na samym zakwasie raczej objętości nie podwoi, ale za to drugie wyrastanie (już uformowanego bochenka) trwa u mnie tak długo aż będzie on na prawdę super wyrośnięty.

Po tym czasie lekko wyrabiamy ciasto i  formujemy bochenek - jeden duży lub dwa mniejsze. Jeśli wolicie to możecie też w tym momencie włożyć ciasto do formy, ale tak jak pisała Olcik nie warto, bo ciasto bez formy fantastycznie trzyma kształt. 
Uformowany bochenek przekładamy na blaszkę tą z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia, przykrywamy folią spożywczą i pozostawiamy do wyrastania.

Nagrzewamy piekarnik do 240 st. C. 
Przed pieczeniem chleb smarujemy roztrzepanym jajkiem, posypujemy ulubionymi ziarenkami i nacinamy. Choć jak widać ja o nacięciach akurat zapomniałam i chleb nie pękł nawet w jednym miejscu.
Chleb wkładamy do nagrzanego piekarnika. Wytwarzamy w piekarniku trochę pary przez kilkukrotne popryskanie ścianek piekarnika wodą ze spryskiwacza.
W temperaturze 240 st. C pieczemy chleb przez ok. 15 min, po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 200 st. C i pieczemy jeszcze przez ok. 20 minut.

Chleb jest upieczony gdy postukany od spodu wydaje głuchy odgłos.

Po wyjęciu studzimy na kratce.

Smacznego :)



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...