niedziela, 9 września 2012

Miękki chleb pszenny

A raczej bułeczka w formie bochenka, taka do krojenia na kromki. Ma bardzo delikatny miąższ, delikatny smak. Jej przygotowanie jest na prawdę nieskomplikowane. 
A chleb jak dla mnie to ten na zakwasie, takie lubię najbardziej i najczęściej piekę. Ten o niesamowitym zdecydowanym kwaskowym smaku i ten który nauczył mnie cierpliwości :) Bo nie ukrywajmy, przy wyrastaniu to trzeba jej trochę mieć :)
Czasem jednak zdarza się w domu chlebowa awaria, zagapię się z przygotowaniem zakwasu, czy zwyczajnie chleb zniknie wcześniej bo np. "obiad był cienki" :) 
A chleb w domu musi być i koniec, bo dzieć teraz musi mieć kanapki do szkoły. I to po jednej na każdą przerwę :)
W takiej sytuacji bułki i chlebki drożdżowe że tak powiem "ratują mi tyłek" :)


Za przepis dziękuję Paulinie, dzięki której moja przygoda z pieczeniem chleba się zaczęła i tak sobie do dzisiaj trwa. A przy okazji składam "świeżo upieczonym" Rodzicom Paulinie i Michałowi ogromne i serdeczne gratulacje :)




Składniki:

  • 4 g drożdży instant lub 8 g drożdży świeżych ( u mnie drożdże świeże)
  • 1 łyżeczka cukru
  • 175 g ciepłej wody
  • 300 g mąki pszennej (dałam typ 650)
  • 25 g mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 20 g miodu
  • 1 łyżeczka soli
  • dodatkowo opcjonalnie garść sezamu lub innych ziaren do posypania.

Drożdże świeże rozkruszamy i rozpuszczamy w ciepłej wodzie. Dodajemy też łyżeczkę cukru. Odstawiamy rozczyn pod przykryciem na kilka minut aby drożdże zaczęły pracować. Drożdży instant nie trzeba rozpuszczać, można dodać wprost do miski ze wszystkimi pozostałymi składnikami.

W misce umieszczamy wszystkie pozostałe składniki, dodajemy rozczyn i mieszamy wszystko łyżką. Ciasto przekładamy na blat i wyrabiamy aż będzie gładkie. W razie potrzeby gdyby się kleiło, można podsypać przy wyrabianiu odrobiną mąki.
Wyrobione ciasto przekładamy do miski wysmarowanej odrobiną oleju, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski, formujemy bochenek, lub jeśli wolicie małe bułeczki. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i pozostawiamy znów do wyrośnięcia.

Piekarnik nagrzewamy do 220 st. C.

Wyrośnięty bochenek (jeśli chcecie posypać go ziarenkami, jeśli nie, to nie trzeba) spryskujemy wodą np. ze spryskiwacza do kwiatów. Posypujemy ulubionymi ziarenkami i wkładamy do nagrzanego piekarnika. Na tej samej półce w piekarniku dobrze jest postawić niewielkie naczynie z wodą, lub co kilka minut na początku wytworzyć parę przez spryskanie ścianek piekarnika wodą (tylko nie po grzałkach).
Chlebek pieczemy przez ok. 25 minut do chwili ładnego zrumienienia się skórki. Chlebek jest gotowy gdy postukany od spodu będzie wydawał głuchy odgłos.
Jeśli zdecydujecie się na uformowanie małych bułeczek, czas pieczenia będzie trzeba odpowiednio skrócić.

Chlebek (ewentualnie bułeczki) po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego ;)





niedziela, 2 września 2012

A kiedy czas na śliwki i gruszki to u mnie bananowiec

No właśnie, tak to czasem bywa :) 
I wcale nie jest mi z tym dobrze, ale dzieci jednak potrafią przekonać :) Nie to, żebym nie protestowała. Na nic były tłumaczenia że zaraz skończą się śliwki, gruszki pewnie też, a na banany będzie jeszcze cały rok. Nie i już, bo jak dzieć zobaczy coś gdzieś co się spodoba, a jeszcze wie że mama może upiec, to koniec. Skapitulowałam po trzech dniach  i w końcu upiekłam. 
Ciasto wyszło przepyszne, a dzieć... zawiedziony bo krem wyszedł dość mocno alkoholowy. Ja co prawda pominęłam przepisowy rum ( bo go nie miałam), ale uwaga... czym go zastąpiłam? Ekstraktem waniliowym zrobionym na wódce. Ot, mądra mama. Dzieć musiał odczekać ze spróbowaniem ciasta jeszcze z dwa dni, po tym czasie procenty się w dość znacznej ilości ulotniły. A banany... zostały przez dziecia wyskubane i odłożone na bok "bo takie w cieście wcale nie są dobre" :)) Ech, a mogłam wsadzić gruszki...
Tak czy inaczej ciasto bardzo Wam polecam. Jest bardzo smaczne. Alkoholowo waniliowy krem dodaje dojrzałym, słodkim i nieco mdłym bananom lekkiego "pazura". Całość w polewie czekoladowej i na kakaowym cieście bardzo fajnie się komponuje. Jeśli ciasto będzie jadło dziecko to pomińcie ten alkohol w kremie :)

Przepis dzieć wynalazł w gazecie "Sól i Pieprz" nr 1/2011. Trochę go zmodyfikowałam, bo ugotowałam domowy budyń do kremu (do zagospodarowania były przecież żółtka pozostałe po zrobieniu tortu bezowego), w gazecie proponowany był budyń z torebki. Rum w kremie zastąpiłam ekstraktem waniliowym. Polewę zrobiłam również sama, moją ulubioną.  Nie lubię tych gotowych.
Przepis podaję już po moich zmianach.


Proporcje na blaszkę 40x25 cm.

Ciasto:
  • 5 jajek
  • 200 g cukru najlepiej drobnego
  • 125 ml oleju słonecznikowego
  • 125 ml wody
  • 200 g mąki tortowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 3 łyżki kakao
Krem:
  • 2 szklanki mleka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 10 g cukru waniliowego
  • 1 1/2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 1/2 łyżki mąki pszennej
  • 6 żółtek
  • 250 g masła (wyjmujemy je wcześniej z lodówki, aby było miękkie)
  • 4 łyżki ekstraktu waniliowego
  • ok. 7 szt. dojrzałych bananów
Polewa czekoladowa:
  • 100 g margaryny
  • 100 g cukru pudru
  • 200 g gorzkiej czekolady (ja dałam 1 mleczną i 1 gorzką)
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

Zaczynamy od ugotowania budyniu. 1 szklankę mleka z cukrem zagotować. Do drugiej szklanki mleka dodajemy 5 żółtek, cukier waniliowy, mąkę ziemniaczaną i pszenną i miksujemy to dokładnie. Tak przygotowaną mieszankę dodajemy do gotującego mleka i gotujemy na małym ogniu, często mieszając aby nie porobiły się grudki. Gdy budyń zgęstnieje i zacznie wrzeć gotujemy jeszcze chwilkę cały czas mieszając. Ugotowany budyń odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.

Piekarnik nagrzewamy do temp. 180 st. C
Żółtka oddzielamy od białek i ucieramy z cukrem olejem i wodą na puszystą masę. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i kakao, następnie przesiewamy na masę żółtkową i delikatnie mieszamy do połączenia składników.
Białka ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do masy i delikatnie mieszamy (ręcznie albo na bardzo wolnych obrotach miksera) do połączenia się w jednolitą masę.
Ciasto przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki, wkładamy do nagrzanego do 180 st. C piekarnika i pieczemy ok. 40 min, pod koniec pieczenia sprawdźcie patyczkiem. Jeśli będzie suchy to ciasto jest gotowe. Po upieczeniu ciasto wyjmujemy i pozostawiamy do wystudzenia.


Przygotowujemy krem. Bardzo ważne, aby krem się nie zważył jest to aby wszystkie składniki miały jednakową temperaturę, czyli budyń musi być dokładnie wystudzony, a masło musi być wyjęte wcześniej z lodówki.
Masło ucieramy z 1 żółtkiem i ekstraktem waniliowym na puch. Cały czas miksując dodajemy powoli, dosłownie po 1 łyżce budyń (gdy dodamy za szybko krem może się zważyć).

Banany obieramy i kroimy w dość grube plasterki, które układamy na wystudzonym cieście dość ciasno, jeden przy drugim. Przykrywamy je kremem. 

Przygotowujemy polewę czekoladową. Wszystkie składniki oprócz czekolady rozpuścić na małym ogniu, a następnie dodajemy połamaną na kostki czekoladę i mieszamy na wolnym ogniu do chwili jej całkowitego rozpuszczenia się. Polewę zostawiamy na chwilę aby lekko ostygła. Ciasto dekorujemy polewą czekoladową i odstawiamy do schłodzenia do lodówki.

Smacznego :)




czwartek, 30 sierpnia 2012

Versatile Blogger Award

Do zabawy zostałam zaproszona przez Ilkę i Justkę
Bardzo Wam dziękuję Dziewczyny. Jest mi bardzo miło. Ostatnio piszę tak rzadko i jestem tak niesystematyczna, że nie spodziewałam się w ogóle wyróżnienia. Tym bardziej jest mi więc bardzo miło i tym bardziej Wam dziękuję że mnie pamiętacie.


Jakie są zasady zabawy? Cytuję za Dziewczynami:

1. nominuj 15 blogów, które Twoim zdaniem zasługują na wyróżnienie
2. poinformuj o tym nominowanych
3. ujawnij 7 faktów o sobie
4. podziękuj blogerowi, dzięki któremu otrzymałeś nominację u niego na blogu
5. pokaż nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu

Trochę o mnie:
- mam Męża i prawie 7-letniego Synka
- ostatnio ciężko mi skupić się na czymkolwiek bo strasznie przeżywam to że dzieć mój idzie do szkoły, że to już się zaczyna, chyba bardziej niż on sam. Myślę o tym jak to będzie, jak się zaaklimatyzuje, jak da sobie radę, no i czy gaduła wytrzyma nie rozmawiając na lekcjach. Czy posypią się uwagi? Już za parę dni się przekonam :)
- uwielbiam piec, gotować - o tym chyba wiedzą wszyscy. Bez tego przecież nie byłoby tego bloga
- nie znoszę zmywać garów - haha o tym przecież też wszyscy wiedzą :)
- nie lubię zakupów - jak dla mnie mogą istnieć tylko stoiska i sklepy z akcesoriami kuchennymi, do całej reszty wystarczy mi internet :)
- lubię pracę w ogródku, przy pieleniu odreagowuję stresy
- marzę sobie o lustrzance, ale ciągle mam inne pilniejsze wydatki. No cóż może kiedyś się uda :)

Ostatnią, a raczej pierwszą zasadą tej zabawy jest wyróżnienie kolejnych 15 osób. Problem polega na tym że jest wiele więcej blogów które lubię i odwiedzam, co widać nawet w pasku bocznym. A to nie są wszystkie :) 
Próbowałam, ale serio nie mam pojęcia jak mam wybrać. Są wśród nich osoby które  cudownie piszą, robią fantastyczne zdjęcia, wspaniale pieką i gotują, są też takie obiboki jak ja :)) ale każdy z Was wkłada wiele serca w to co robi, a w każdym wpisie pozostawia cząstkę siebie. Każdy zasługuje na wyróżnienie :)
Nie gniewajcie się więc że nie wymienię nikogo, niech po prostu każdy czuje się przeze mnie nominowany.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Tort bezowy z kremem kawowym

Brzydki?
Wiem, że wygląda jakbym się kompletnie nie postarała :) De facto można powiedzieć że tak właśnie było, bo torcik jest na prawdę bardzo mało pracochłonny. Chyba najmniej jaki w życiu zdarzyło mi się robić.
Ale też i nie do końca, bo wymaga jednak trochę serca i delikatności. Z bezami trzeba jak z jajkiem (facet  z rodzaju dżentelmen zapewne powiedziałby pewnie że jak z kobietą), krótko mówiąc - delikatnie.



Bezy wyszły bardzo chrupiące z zewnątrz, mięciutkie w środku, po prostu idealne. Zupełnie nie rozumiem czemu do tej pory tak trzęsłam portkami przed pieczeniem pavlowej czy blatów na tort bezowy. Zupełnie jak kiedyś, gdy pierwszy raz odważyłam się upiec bezową roladę. Tak, to moja pierwsza beza, a raczej bezy pieczone w tej postaci. Udało się i teraz już wiem że będę powtarzać częściej. A za przepis dziękuję Dorotuś.

Torcik zrobiłam z okazji urodzin mojego kochanego Męża. Wszystkiego najlepszego Miśku :)




Blaty  bezowe ( 3 szt. o średnicy 20 cm):

  • 6 białek
  • 250 g cukru pudru
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżka mąki ziemniaczanej

Krem kawowy:
  • 250 g serka mascarpone 
  • 250 ml śmietany kremówki 
  • 2 łyżeczki kawy instant rozpuszczonej w 1 łyżce gorącej wody
  • 2 łyżki cukru pudru
  • ewentualnie owoce (u mnie borówka amerykańska, ale można dać też inne) do dekoracji

Bezy najlepiej upiec na noc, tak aby zdążyły bez problemu dobrze wyschnąć w piekarniku.

Blaszkę ( wykorzystałam trzy oddzielne blachy) wykładamy papierem do pieczenia, na którym od miski lub talerzyka odrysowujemy okręgi o średnicy 20 cm.
Piekarnik nagrzewamy do 140 st. C.

Białka ubijamy na sztywną pianę. Następnie cały czas ubijając dodajemy powoli, po jednej łyżce cukier puder. Na końcu dodajemy sok z cytryny i mąkę ziemniaczaną i delikatnie łączymy je z masą. Ja zrobiłam to mikserem na bardzo wolnych obrotach.
Tak przygotowaną masę w mniej więcej równych ilościach wykładamy na  wcześniej narysowane na papierze okręgi.
Bezy pieczemy przez 1 godzinę w nagrzanym do 140 st. C piekarniku. Najlepiej i najszybciej jest gdy wszystkie pieką się w tym samym czasie. Swoje piekłam na trzech poziomach piekarnika przy włączonym termoobiegu.
Po upieczeniu uchylamy lekko piekarnik i w ten sposób bezy pozostawiamy do ostygnięcia. Najlepiej zrobić to na noc.


Krem najlepiej przygotować i przełożyć bezy na krótko przed podaniem (myślę że jedną-dwie godziny). A to z tego względu że z czasem bezy chłoną wilgoć z kremu, stają się miękkie i tracą chrupkość. Dlatego też tort ten nie nadaje się do długiego przechowywania. Najlepiej zjadać go od razu.
Jeśli lubicie takie smaki to gwarantuję że nie będziecie mieli z tym problemu bo tort ten wychodzi niesamowicie pyszny.

Blaty są dość kruche, więc bardzo delikatnie , podtrzymując od dołu oddzielamy je od papieru.


Kawę rozpuszczamy w 1 łyżce gorącej wody, studzimy i wstawiamy do lodówki do schłodzenia, tak aby  miała tą samą temperaturę co śmietana i serek.
Wszystkie składniki wkładamy do miski i ubijamy mikserem. Ja wcześniej ubiłam śmietanę z cukrem i taką ubitą dodałam do mascarpone. Ale nie ma to większego znaczenia, można dać wszystko na raz do jednej miski i też wyjdzie. Najważniejsze jest to aby wszystkie składniki miały tę samą temperaturę, czyli wyciągamy wszystko z lodówki i już.
Masę dzielimy na dwie równe części i przekładamy nią wszystkie trzy blaty. Krem delikatnie i z wyczuciem rozprowadzamy na blatach, uważając by ich zbyt mocno nie pokruszyć.
Wierzch można udekorować ulubionymi owocami. Borówki to może nie do końca dobry pomysł :) bo uciekają. Wybierzcie coś mniej okrągłego :)

Smacznego :)



P.S. W następnym poście powiem do czego przydały się żółtka :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

... i pyszne drożdżówki z budyniem i śliwką

Witajcie  
A te kropy ... w tytule to stąd, że mam tyle do powiedzenia, że nie wiem od czego mam zacząć :)
Na początku dziękuję Wam Kochani za wszystkie kciuki. Bardzo mi pomogły. Egzamin zdałam, choć łatwo nie było, a nauki tyle że przypomniały się studenckie czasy. Tyle tylko że te "parę" lat temu jakoś wszystko przychodziło łatwiej. Ale najważniejsze że się udało, jestem brakarzem III klasy i z tego bardzo się cieszę.
Trudne było też rozstanie z moimi chłopakami, tym dużym i tym małym. To chyba pierwsze w życiu, stęskniłam się za nimi bardzo. 
A co potem, po powrocie? Musieliśmy się sobą nacieszyć, musiałam odreagować stres po szkoleniu i egzaminie, odpocząć od miasta, od którego bardzo odwykłam, mimo że tu w mojej wsi mieszkamy dopiero od prawie roku. Odkryłam że miasto mnie potwornie męczy. 
Przez prawie dwa tygodnie nie gotowałam, nie piekłam chleba, czułam się dziwnie :) Zaraz po powrocie musiałam coś upiec, mimo że upał był niesamowity i normalnie to w godzinach południowych nawet koniem nie dałabym się zaciągnąć aby włączyć piekarnik.
Wiem, teraz powinnam sypać postami jak z rękawa, ale tak nie będzie. Bo albo wracałam do moich starych sprawdzonych przepisów, które już tu na blogu są, albo były to klasyki.
Było ciasto kruche z delikatną budyniową pianką (no ręka do góry, kto jeszcze nie zna :) ) Nie raz :) bo za każdym razem z innymi owocami. Były pierogi z jagodami, mmm... pycha, już nie mogę doczekać się następnego lata :)
I byli też goście. Z Siostrą i jej rodzinką nie widziałyśmy się od prawie dwóch lat.
Była szarlotka z może niezbyt pięknych, ale za to moich własnych papierówek



Z budyniową pianką inspirowana wspomnianym wcześniej ciastem. Znikła tak szybko że nie doczekała się dokumentacji fotograficznej. Wspólnie obierane papierówki z moim prawie 7-letnim Dzieciem. Te chwile w kuchni lubię najbardziej i mam cichą nadzieję że i mój Dzieć będzie je wspominał :) To nic, że wszystko trwa dwa razy dłużej, a jabłka po obraniu przypominają kostki Rubika i niewiele z nich zostaje. Nie to jest przecież najważniejsze :)





No i obowiązkowe ciasto drożdżowe z babciowego przepisu, tym razem ze śliwkami.
Teraz dojrzewają węgierki. Knedle ze śliwkami często u nas goszczą.


i okrągłe fioletowe maleństwa (mirabelki? myślałam że są tylko żółte), które za czorta nie chcą odejść od pestki. Wychodzi z nich pyszny kompot, nie mam pomysłu co jeszcze mogę z nich zrobić.


Czekam na gruszki ...


i szarą renetę, ale to jeszcze trochę...



Czy jest ktoś kto dotrwał do końca? Wiem że przesadziłam, wybaczcie. 
To zapraszam na pyszne drożdżówki z przepisu który znalazłam u Asi Słodkiej Babeczki (Asiu dziękuję, przepis jest fantastyczny), a który pochodzi od Olgi Smile. Asia zaproponowała budyń domowej roboty oraz dodatek owoców i był to strzał w 10-tkę :)
U mnie wyszło 12 średniej wielkości sztuk.



Ciasto:
  • 500 g mąki pszennej (dałam typ 500)
  • 100 g masła extra
  • 1/2 szklanki cukru
  • 25 g świeżych drożdży
  • 1 szklanka (250 ml) mleka
  •  szczypta soli

Budyń:
  • 1 1/2 szklanki mleka (szklanka 250 ml)
  • 2 czubate łyżki mąki pszennej
  • 2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
  • ok 1/2 szklanki cukru ( ja dałam równe 1/2 szklanki)
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego lub pasty waniliowej (ja dałam domowej produkcji ekstrakt waniliowy)
  • 1 jajko
  • 1 żółtko
  • dodatkowo dałam jeszcze 10 g cukru z prawdziwą wanilią

Ponadto:
  • dowolne owoce do ułożenia na bułkach, na każdej bułeczce położyłam połówkę węgierki
  • 1 roztrzepane jajko do smarowania bułek przed pieczeniem (wykorzystałam do tego celu pozostałe po ugotowaniu budyniu białko)
  • dodatkowo bułeczki posypałam przed pieczeniem kruszonką (przepis tu) i brązowym cukrem.

Zaczęłam od przygotowania budyniu, aby zdążył ostygnąć.
Zagotować szklankę mleka z cukrem i cukrem waniliowym, oraz ekstraktem waniliowym. Pozostałe pół szklanki miksujemy z jajkiem, żółtkiem i mąkami, a następnie dodajemy do gotującego się mleka. Cały czas mieszając, aby nie porobiły się grudki, doprowadzamy budyń do wrzenia i chwilę jeszcze gotujemy. Pozostawiamy do ostygnięcia.

Zabieramy się za ciasto drożdżowe. 
Mleko podgrzewamy, tak aby było letnie. Z  połowy mleka, drożdży, 1 łyżeczki cukru i 1 łyżeczki mąki przygotowujemy rozczyn i pozostawiamy pod przykryciem w ciepłym miejscu, aby drożdże się uaktywniły. Do miski przesiewamy mąkę. Masło rozpuszczamy w pozostałej ilości ciepłego mleka.
Do miski z mąką dodajemy rozczyn i pozostałe składniki, mieszamy oraz wyrabiamy gładkie i elastyczne ciasto.
Ciasto przekładamy do miski i pozostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia, czyli do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto chwilkę jeszcze wyrabiamy i dzielimy na tyle równych części ile chcemy mieć bułeczek, u mnie 12 sztuk. Z każdej części formujemy bułeczkę kulkę (rozpłaszczamy lekko dłonią i zbieramy wszystkie brzegi do środka - tak jak byśmy chcieli zawiązać woreczek) i układamy w dość dużych odstępach łączeniem do dołu, na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Po uformowaniu wszystkich bułeczek przykrywamy blaszkę ściereczką i pozostawiamy do napuszenia.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 st. C.
W napuszonych bułeczkach wyciskamy dnem niewielkiej szklanki dołki, które wypełniamy budyniem. Na budyniu układamy połówki śliwek lub inne owoce. 
Brzegi bułeczek smarujemy roztrzepanym jajkiem (u mnie białko)
Jeśli chcecie to przygotujcie wcześniej kruszonkę i posypcie nią bułeczki przed pieczeniem, dodatkowo posypałam je jeszcze brązowym cukrem.

Piekłam w rozgrzanym do 190 st. C piekarniku przez ok. 20-25 min, do momentu aż brzegi bułeczek ładnie się zrumieniły.

Po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego ;)




środa, 11 lipca 2012

Prosty chleb orkiszowy na zakwasie i drobne "ogłoszenie parafialne".

No to może zacznę od ogłoszenia :) Jakiś czas temu obiecałam sobie że nie będę pisała już o przerwach w blogowaniu. W tym moim konkretnym przypadku nie ma to sensu, bo wpisy pojawiają się tu ostatnio i tak bardzo rzadko. Dziękuję Wam za to, że mimo wszystko tu ze mną jesteście :)
Za kilka dni wyjeżdżam i nie będzie mnie prawie do końca lipca. Zapewne przed wyjazdem to już mój ostatni wpis, bo jeszcze sporo pracy i przygotowań przede mną. Nie będę miała w tym czasie dostępu do internetu, bo negocjacje z małżonem żeby oddał lapka raczej spełzną na niczym :) (no cóż gra w War2 ma swoje prawa :)) a dopiero owce karmił na Farmie :)) ) Nie będę miała też możliwości kontrolowania tego co się tu dzieje, więc tak myślę (choć nie jestem przekonana czy to dobry pomysł) że za kilka dni włączę moderację komentarzy. Ale obiecuję że po moim powrocie wszystkie komentarze opublikuję. To tyle jeśli chodzi o sprawy blogowe, no i może jeszcze jedno :) Mam prośbę - trzymajcie kciuki bo jadę na szkolenie, które się kończy trudnym i dość ważnym dla mnie egzaminem :)
Bardzo nie chciałam, a i tak się rozgadałam :)

A chlebek orkiszowy z dodatkiem mąki pszennej który znalazłam u Kasi z bloga "Smaki i Aromaty" jest pyszny, delikatny w smaku i faktycznie bardzo prosty no i jeszcze przyjemny jeśli chodzi o wyrabianie ciasta. Z podanej ilości składników upiekłam dwa bochenki takie po ok. 700 g i bardzo szybciutko zniknęły.
Kasiu, bardzo Ci dziękuję za ten przepis. Jest wspaniały, także polecam Wam bardzo bardzo bardzo :)







Zaczyn:

  • 90 g zakwasu żytnio-orkiszowego ( u mnie zakwas żytni)
  • 150 g mąki orkiszowej typ 2000
  • 50 g mąki żytniej typ 2000
  • 200 g wody

Ciasto właściwe:
  • 500 g mąki orkiszowej typ 700
  • 230 g mąki pszennej typ 650
  • 1 płaska łyżka soli morskiej
  • 1 płaska łyżeczka cukru trzcinowego
  • 300-450 g wody ( ja dałam 300 g bo chciałam uformować bochenki i bałam się że mi się rozjadą, jeśli natomiast planujecie piec w foremkach to myślę że z powodzeniem można dać więcej)

Składniki zaczynu wymieszać wieczorem i odstawić na noc w temperaturze pokojowej pod przykryciem. U mnie zaczyn stał od rana przez 8 godzin.

Do zaczynu dodać wszystkie składniki ciasta właściwego i dobrze wyrobić ciasto. Można wyrabiać mikserem. Ja wyrabiałam ręcznie dodając wodę stopniowo, tak aby wychwycić odpowiednią konsystencję ciasta. Przy użyciu 300 g wody otrzymałam w miarę zwarte, lekko lepkie, ale nie klejące ciasto, bardzo przyjemne w wyrabianiu.
Wyrobione ciasto wkładamy do miski i odstawiamy pod przykryciem do wyrastania na 2 godziny czasu. W trakcie tego wyrastania 2 razy ciasto składamy (np. w ten sposób) tak co ok. 40 minut.

Po tym czasie ciasto przekładamy na omączony blat, lekko zagniatamy. Dzielimy je następnie na dwie równe części które formujemy w bochenki i albo wkładamy do omączonych koszyków, albo do wysmarowanych olejem i wysypanych otrębami keksówek. Koszyki lub foremki odstawiamy pod przykryciem do ponownego wyrastania na ok. 2-3 godziny, u mnie było to troszkę dłużej chyba ok. 4-5 godzin, wszystko zależy od zakwasu i temperatury otoczenia.


Piekarnik nagrzewamy do temp. 200 st. C.

Wyrośnięte bochenki przerzucamy z koszyków na wyłożoną papierem do pieczenia blachę lub po prostu pieczemy w keksówkach w naparowanym piekarniku. Po 15 minutach pieczenia temperaturę obniżamy do 190 st. C i pieczemy jeszcze przez ok. 25-30 minut. Moje bochenki pieczone luzem bez keksówek piekłam na termoobiegu przez 15 minut w temp. 200 st. C i przez 20 min. w temp. 190 st. C. Po tym czasie były gotowe.

Po upieczeniu wyjmujemy bochenki i do wystudzenia zostawiamy na kratce.

Smacznego ;)



niedziela, 24 czerwca 2012

Chleb delikatny na zakwasie

Jak sama nazwa wskazuje to na prawdę delikatny w smaku chleb o bardzo ładnej, regularnej strukturze. W smaku neutralny, będzie pasował do wszystkiego. Ciasto ma bardzo "sympatyczną" konsystencję, nie klei się podczas wyrabiania, bardzo dobrze się z nim pracuje. Moim zdaniem idealny dla tych którzy zaczynają dopiero przygodę z wypiekami na zakwasie. Także dla tych, którzy chcieliby upiec owalny lub okrągły bochenek, a nie posiadają koszyka rozrostowego, bo chleb doskonale zachowuje swoją formę podczas wyrastania bez jego pomocy. 
Jeśli chcecie przyspieszyć wyrastanie, lub macie młody zakwas możecie oczywiście dodać odrobinę drożdży. Ja nie dodałam, nigdy nie dodaję ich do chleba na zakwasie. A że zabrałam się za niego trochę późno, to nie zdążył mi wystarczająco wyrosnąć . No cóż, nie było więcej czasu, więc włożyłam go do lodówki i poszłam do pracy, a po powrocie wyjęłam chleb z lodówki. Okazało się że jeszcze w lodówce sporo podrósł. Byłam zaskoczona bo lodówkowe wyrastanie generalnie mnie nie lubi :) Chleb pozostawiłam w cieple jeszcze na ok. 1 1/2 godziny i dopiero wtedy upiekłam.
Przepis znalazłam u Olcika, a pochodzi on z tej strony. Dziękuję Wam Dziewczyny za przepis, a Wam moi kochani bardzo, bardzo polecam.








Składniki:

  • 230 g aktywnego zakwasu żytniego ( ja zrobiłam zaczyn: 60 g zakwasu żytniego + 90 g mąki żytniej razowej typ 2000 + 90 g letniej wody. wymieszałam i pozostawiłam na ok. 8 godzin)
  • 150 g letniego mleka
  • 70 g letniej wody (ja dałam 80 g)
  • 25 g oleju
  • 140 g mąki żytniej jasnej ( u mnie typ chlebowa 720)
  • 400 g mąki pszennej (ja dałam typ 550)
  • 1 płaska łyżka soli (dałam 1/2 płaskiej łyżki)
  • 1 łyżeczka cukru
  • opcjonalnie 1 łyżeczka drożdży ( nie dodawałam)

Do zakwasu dodajemy pozostałe składniki ciasta i wyrabiamy je na gładkie jednolite ciasto. Jeśli ciasto wydaje Wam się  za suche, możecie dodać troszkę więcej wody, ja dodałam 10 g więcej.
Wyrobione ciasto pozostawiamy pod przykryciem do czasu aż podwoi objętość. Ja pozostawiam zwykle na ok. 1 - 11/2 godziny czasu. W tym czasie ciasto na samym zakwasie raczej objętości nie podwoi, ale za to drugie wyrastanie (już uformowanego bochenka) trwa u mnie tak długo aż będzie on na prawdę super wyrośnięty.

Po tym czasie lekko wyrabiamy ciasto i  formujemy bochenek - jeden duży lub dwa mniejsze. Jeśli wolicie to możecie też w tym momencie włożyć ciasto do formy, ale tak jak pisała Olcik nie warto, bo ciasto bez formy fantastycznie trzyma kształt. 
Uformowany bochenek przekładamy na blaszkę tą z piekarnika wyłożoną papierem do pieczenia, przykrywamy folią spożywczą i pozostawiamy do wyrastania.

Nagrzewamy piekarnik do 240 st. C. 
Przed pieczeniem chleb smarujemy roztrzepanym jajkiem, posypujemy ulubionymi ziarenkami i nacinamy. Choć jak widać ja o nacięciach akurat zapomniałam i chleb nie pękł nawet w jednym miejscu.
Chleb wkładamy do nagrzanego piekarnika. Wytwarzamy w piekarniku trochę pary przez kilkukrotne popryskanie ścianek piekarnika wodą ze spryskiwacza.
W temperaturze 240 st. C pieczemy chleb przez ok. 15 min, po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 200 st. C i pieczemy jeszcze przez ok. 20 minut.

Chleb jest upieczony gdy postukany od spodu wydaje głuchy odgłos.

Po wyjęciu studzimy na kratce.

Smacznego :)



wtorek, 19 czerwca 2012

Kruche ciasto z truskawkami, rabarbarem i delikatną budyniową pianką

Ciasto to i różne jego modyfikacje widywałam ostatnio bardzo często na blogach. Same ochy i achy, stado zachwytów spowodowały że i ja uległam pokusie i musiałam je upiec. Wrażenie po pierwszym kęsie - to po prostu niebo w gębie i gęba w niebie. Z pewnością dołączy do mojego zestawu sezonowych ciast, bo ja już wyobrażam sobie różne jego kombinacje z następnymi sezonowymi owocami. Przepis jest RE-WE-LA-CYJ-NY przez duże R. Nie, to mało powiedziane. Przez ogromne R :)

Jeśli jeszcze nie znacie tego ciasta to koniecznie spróbujcie, póki są jeszcze truskawki i rabarbar. Wierzch przed podaniem możecie posypać cukrem pudrem jeśli lubicie. Moim zdaniem nie jest to konieczne. Ja bardziej dla efektu wizualnego posypałam przed pieczeniem cukrem trzcinowym demerara, który zachował po upieczeniu swoją strukturę i jego złociste kryształki ładnie wyglądały na powierzchni ciasta.

Przepis znalazłam u Majanki, a pochodzi od Dorotuś. Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję :)



Kruche ciasto:
  • 2 1/2 szklanki mąki pszennej ( można dać krupczatkę)
  • 250 g masła lub margaryny
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 5 żółtek

Budyniowa pianka:
  • 5 białek
  • 1 szklanka drobnego cukru do wypieków
  • 16 g cukru waniliowego (z prawdziwą wanilią, ja dałam domowy)
  • 2 opakowania (2 x 40 g) budyniu waniliowego lub śmietankowego bez cukru
  • 1/2 szklanki oleju słonecznikowego

Ponadto:
  • ok. 500 g rabarbaru i truskawek
  • opcjonalnie cukier puder do oprószenia lub cukier trzcinowy demerara do posypania przed pieczeniem

Zimne masło, takie prosto z lodówki kroimy na małe kawałki, siekamy z mąką. Dodajemy pozostałe składniki ciasta i szybko zagniatamy na jednolite ciasto. Jeśli ciasto  będzie zbyt sypkie można dodać odrobinę wody (ok. 1-2 łyżek).
Ciasto dzielimy na dwie nierówne części - ok. 60 i 40 %. Każdą część owijamy folią spożywczą i wkładamy do zamrażarki. Ja trzymałam w zamrażarce ok. 2 godzin.
Piekarnik nagrzewamy do 190 st. C.
Blaszkę ( u mnie 25x35 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Na spód ścieramy najlepiej na tarce o grubych oczkach tą większą część ciasta. Wiórki wyrównujemy i przyklepujemy dłonią.
Podpiekamy na złoty kolor w rozgrzanym piekarniku do 190 st. C, u mnie trwało to ok. 15 min.
Po upieczeniu odstawiamy do całkowitego wystudzenia.

Rabarbar kroimy na małe kawałeczki. Nie trzeba go wcześniej obierać. Truskawki kroimy na połówki, te małe można dodać w całości.

Kiedy podpieczony spód całkowicie ostygnie ubijamy białka na sztywno. Następnie stopniowo, po jednej łyżce dodajemy  drobny cukier i cukier waniliowy, cały czas przy tym miksujemy na najwyższych obrotach. Następnie dodajemy powoli proszek budyniowy i cały czas miksujemy, aby się dokładnie rozpuścił. Cienkim strumyczkiem dodajemy olej, cały czas przy tym miksujemy, aż do połączenia.

Na dokładnie ostudzony spód wykładamy ubitą pianę. Na jej powierzchni rozkładamy owoce, lekko je wciskamy w piankę. Na wierzch ścieramy pozostałą część zamrożonego ciasta, oraz ewentualnie posypujemy wierzch cukrem trzcinowym.

Ciasto pieczemy w rozgrzanym do 190 st. C piekarniku przez ok. 30-40 minut. U mnie wystarczyło 35 minut.
Po upieczeniu wyjmujemy i studzimy.

Smacznego ;)







niedziela, 10 czerwca 2012

Muffinki ajerkoniakowe z truskawkami, białą czekoladą i cytrynowym lukrem

Czy to nie jest zbyt wiele smaków jak na jedną małą muffinkę? Moim zdaniem nie, bo wszystko się zgrało bardzo dobrze i smakowało super. Bardzo Wam polecam spróbować.
Za rewelacyjny przepis na muffinki dziękuję Kasi Prezydentowej. A od siebie dorzucam po truskawce i kostce białej czekolady. Ot tak po prostu. Przepis sam w sobie jest świetny i wcale nie wymaga ulepszania, ale skoro truskawki akurat były to żal było mi ich nie dorzucić.



Składniki: na 12 babeczek
  • 1 i 3/4 szklanki mąki
  • 3 jajka
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/2 kostki masła
  • 1 niepełna szklanka ajerkoniaku
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • skórka otarta z jednej cytryny
  • szczypta soli
  • dodatkowo: 12 szt. małych lub średniej wielkości truskawek, 12 kostek białej czekolady
Cytrynowy lukier:
  • 3-5 łyżek soku z cytryny
  • 3/4 szklanki cukru pudru

Masło rozpuszczamy i odstawiamy do ostygnięcia.

Piekarnik rozgrzewamy do temp. 180 st. C.
Formę na muffinki wykładamy papilotkami.
W jednej misce mieszamy składniki suche (mąkę, cukier, proszek do pieczenia, skórkę cytrynową, sól), w drugiej misce łączymy składniki mokre ( jajka, masło, ajerkoniak).
Składniki suche dodajemy do mokrych i krótko (tylko do połączenia składników) miksujemy.

Do każdego gniazdka foremki nakładamy po ok. 1 łyżce ciasta, następnie wkładamy po jednej truskawce i kostce czekolady i przykrywamy drugą łyżką ciasta.

Foremkę wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy do suchego patyczka. U Kasi ok. 35 minut, u mnie wystarczyło 25 min. Wszystko więc zależy od Waszego piekarnika, myślę że gdzieś po upływie 20 minut możecie zacząć sprawdzać patyczkiem. Jeśli będzie suchy to muffinki są gotowe do wyjęcia.

Po wyjęciu z piekarnika przez ok. 5 minut pozostawiamy muffinki w formie, a po tym czasie wyjmujemy i studzimy na kratce.

Z cukru pudru i soku przygotowujemy lukier, ilość soku trzeba dostosować tak, aby lukier miał bardzo gęstą konsystencję, wtedy ładnie utrzyma się na babeczce. Ja zrobiłam troszkę za rzadki lukier.
Babeczki jeszcze ciepłe polewamy lukrem.

Smacznego ;)



wtorek, 5 czerwca 2012

Dymek z truskawkami

Przepis ten znalazłam u Magdy już dość dawno temu, gdy jeszcze nie myślałam o tym że będę kiedykolwiek pisać bloga. Zaczynałam wtedy dopiero obserwować co pysznego tworzą moje ulubione Blogerki :) 
Ciasto pyszne, podobne do tradycyjnego pleśniaka. Oprócz maślankowego to drugie moje ulubione ciasto, które właściwie mogłabym robić przez cały owocowy sezon, wtykając do niego kolejno pojawiające się owoce. Wszystkie poza wiśniami. Nie, nie, nie dlatego że nie lubię :) Ja kocham chyba wszystkie owoce bez wyjątku, ale moje tygrysy, ten duży i ten mały - nie cierpią wiśni. No, a ja raczej nie mam ochoty wcinać całej blachy ciasta sama. Bo dobre ciacho w towarzystwie smakuje jeszcze lepiej :)
Teraz na blogach rządzą truskawki, a ja nie będę wyjątkiem. Zapraszam na pyszne kruche ciasto z pianką i truskawkami :)

Ostatnio kupowałam truskawki po 7 zł/kg, więc u nas nie są jeszcze wcale tanie. A jak u Was?




Kruche ciasto:
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 6 żółtek
  • 1 1/2 kostki masła lub margaryny ( u mnie masło extra)
  • 1 łyżeczka cukru pudru (tak jak Madzia dałam 3 łyżki i wyszło według mnie bardzo dobrze, ale jeśli lubicie mniej słodko, dajcie po prostu mniej)
  • 2 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Ponadto:
  • ok. 75 dag truskawek
  • 1 łyżka kakao
  • 6 białek
  • 1 1/2 szklanki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

Mąkę siekamy z masłem, następnie dodajemy żółtka, proszek do pieczenia i cukier puder. Zagniatamy wszystkie składniki na gładkie ciasto. Jeśli ciasto mocno się klei można troszkę podsypać mąką. Ja nie podsypywałam.
Gotowe ciasto dzielimy na pół. Jedną z części owijamy folią spożywczą i wkładamy do zamrażarki na ok. 1 godzinę. Pozostałym ciastem wyklejamy dno foremki ( moja 25 x 35 cm). Foremkę wcześniej wyłożyłam papierem do pieczenia, aby bez problemów po upieczeniu ciasto z niej wyjąć. Tak przygotowaną foremkę z ciastem wkładamy na ok. godzinę do lodówki.

W międzyczasie piekarnik nagrzewamy do 175 st. C.

Truskawki opłukać, osuszyć i usunąć szypułki. Kroimy je na połówki i układamy na cieście przecięciem do dołu.
Następnie truskawki posypujemy kakao (najlepiej przez sitko).

Z zamrażarki wyjmujemy ciasto i dzielimy je na dwie równe części. Jedną część zetrzeć na tarce o grubych oczkach na truskawki. 

Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę. Następnie powoli, małymi porcjami dodajemy cały czas miksując cukier, a potem na końcu mąkę ziemniaczaną i sok z cytryny. Tak przygotowaną pianę wykładamy na starte wcześniej ciasto.

Na warstwę piany ścieramy na tarce pozostałą część ciasta.

Ciasto pieczemy w piekarniku nagrzanym do 175 st. C przez ok. 1 godzinę.

Smacznego ;)



sobota, 2 czerwca 2012

Sernik z galaretką jagodową

Dziś mocno zaległy post o serniku, którego zdjęcia drzemią w czeluściach komputera chyba od miesiąca. Świadczy to tylko o tym że powinnam dostać porządnego kopniaka w cztery litery, żebym się w końcu zajęła swoim blogiem :)

Sernik wyszedł bardzo dobry. Mimo że zrobiłam go z najlepszego sera białego na świecie produkcji mojej sąsiadki to wcale nie wyszedł ciężki i mazisty. Masa serowa wyszła dość delikatna w smaku zapewne dzięki dodatkowi śmietanki i mascarpone. Myślę że duże znaczenie ma też tutaj to że to sernik z tych długo miksowanych i z ubitą pianą z białek. Ale z drugiej strony trzeba liczyć się też z tym że właśnie dzięki temu sernik podczas pieczenia sporo nam urośnie, a potem zapewne opadnie, pękając przy tym okrutnie :) Choć w tym przypadku wcale to nie przeszkadza, bo wszelkie niedoskonałości przykrywa jagodowa galaretka. Nie ta z torebki, a przygotowana domowym sposobem, po prostu pyszna. Poza tym u mnie wyszło to na tyle fajnie że brzegi pozostały wysokie, a opadł środek, dzięki czemu potem do wylania galaretki nie potrzebowałam już obręczy :)
Kruchy spód z mielonymi migdałami również bardzo fajnie smakuje, choć u mnie wyszedł troszkę twardy. Myślę że mogłam troszkę dłużej chłodzić ciasto w lodówce i byłoby idealnie.

Sernik bardzo Wam polecam, a przepis inspirowany tym (Gosiu, bardzo dziękuję), podaję już po moich zmianach. W oryginale u Gosi sernik jest z musem truskawkowym, ja spód posmarowałam dżemem jagodowym, a na wierzch dałam jagodową galaretkę.



Proporcje na tortownicę o średnicy 23 cm.

Kruchy spód:
  • 1 1/3 szklanki mąki
  • 1/4 szklanki cukru pudru
  • 2 łyżki mielonych migdałów
  • 100 g masła lub margaryny
  • 1 jajko
Masa serowa:
  • 1 szklanka śmietanki kremówki
  • 1 laska wanilii
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 6 jajek
  • 250 g mascarpone
  • 500 g sera białego ( u mnie wsiowy o konsystencji mniej więcej twarogu półtłustego, wcześniej zmieliłam go dwa razy)
  • sok z 1 cytryny
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
Galaretka:
  • ok 300 g jagód pasteryzowanych z cukrem razem z sokiem (możecie też użyć owoców mrożonych, które trzeba wcześniej rozmrozić)
  • ok. 100 g wody
  • opcjonalnie cukier do smaku (jeśli użyjecie owoców mrożonych)
  • 1 łyżka żelatyny
  • ok. 1/4 szklanki gorącej wody.
Dodatkowo:
  • dżem jagodowy do posmarowania spodu

Zaczynamy od kruchego ciasta. Zimne masło szybko siekamy z mąką. Dodajemy pozostałe składniki ciasta kruchego i szybko zagniatamy z nich gładkie ciasto. Ciasto owijamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki na minimum godzinę. Chyba lepiej dłużej.
Piekarnik nagrzewamy do temp 200 st. C.
Schłodzone ciasto rozwałkowujemy, najlepiej między dwoma arkuszami folii, aby nie podsypywać już mąką. Wylepiamy nim dno tortownicy. Spód podpiekamy w nagrzanym piekarniku przez ok 10-15 min. do uzyskania jasno złotego koloru.

Przygotowujemy masę serową: laskę wanilii rozcinamy wzdłuż na pół i podgrzewamy ze śmietaną przez ok. 10 min. Śmietankę studzimy, a wanilię wyjmujemy z niej.
Żółtka ucieramy z cukrem na gęstą białą masę. Dodajemy do nich stopniowo zmielony wcześniej ser biały, mascarpone, sok i mąkę. Wlewamy śmietankę.
Białka ubijamy na sztywną pianę i mieszamy z masą serową.

Piekarnik nagrzewamy do 175 st. C.
Podpieczony wcześniej spód smarujemy cienką warstwą dżemu jagodowego. Wylewamy na wierzch masę serową i pieczemy w nagrzanym piekarniku przez ok. 60 minut. Sernik studziłam w lekko uchylonym piekarniku.

Gdy sernik nam całkowicie wystygnie przygotowujemy galaretkę. 
Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie i studzimy, tak aby była przestudzona ale jeszcze płynna. Miksujemy blenderem owoce pasteryzowane razem z ich sokiem i wodą (ewentualnie owoce wcześniej rozmrożone z cukrem i ewentualnie z dodatkiem wody). Cały czas miksując mikserem dolewamy cienkim strumyczkiem żelatynę. Galaretkę pozostawiamy do momentu aż zacznie tężeć.
Tężejącą galaretkę wylewamy na sernik. Jeśli brzegi sernika nie wytworzą rantu to oczywiście trzeba założyć obręcz.
Sernik z galaretką wstawiamy do schłodzenia do lodówki na co najmniej kilka godzin, a idealnie będzie gdy spędzi tam całą noc, bo następnego dnia będzie po prostu lepszy.

Smacznego :)



czwartek, 24 maja 2012

Pain de Campagne

Znowu witam się chlebem, ale jakim :) Chlebem, w którym zakochałam się od pierwszego jego wypieku. I od tamtej pory piekłam go dwa razy z rzędu, co raczej rzadko mi się zdarza, a kto wie czy następnym razem znów to nie będzie właśnie ten.
Mimo że jego ciasto za każdym razem wychodziło mi dość luźne i klejące, to przy wyrabianiu nie sprawił dużego problemu, może większy przy składaniu. Musiałam go złożyć kilka razy. Za to w piekarniku pięknie poszedł do góry i tu mnie bardzo zaskoczył, bo jeszcze przy składaniu byłam pewna że ten "osobnik" z pewnością będzie płaski. Nic z tych rzeczy, zresztą sami zobaczcie.
A chlebek gorąco polecam :)

Przepis pochodzi od Tatter, a ostatnio przypomniała go Marysia i u niej właśnie go znalazłam.




Składniki:
  • 400 g żytniego razowego zaczynu zakwasowego 150 % hydracji (zaczyn przygotowałam z: 100 g żytniego zakwasu dokarmionego ok. 12 godzin wcześniej, 120 g mąki żytniej razowej i 180 g ciepłej wody)
  • 1000 g mąki pszennej chlebowej ( u mnie typ 750)
  • 60 g mąki pszennej razowej (typ 2000)
  • 650 g wody o temp. 28 st. C ( nie mierzyłam temperatury, woda była lekko ciepła)
  • 24 g soli (dałam 2 łyżeczki)
Składniki zaczynu mieszamy i pozostawiamy pod przykryciem na ok. 10 godzin.

Po tym czasie zaczyn dokładnie mieszamy z wodą, dodajemy obie mąki, mieszamy wszystko razem i krótko wyrabiamy. Miskę z ciastem przykrywamy i odstawiamy na 30 minut.

Po tym czasie dodajemy sól, wyrabiamy ciasto, tak by było elastyczne i delikatnie lepkie. Ciasto pozostawiamy w misce pod przykryciem do wyrastania na 2 1/2 godziny. W trakcie wyrastania co ok. 50 minut składamy ciasto.

Następnie ciasto dzielimy na dwie równe części ( po upieczeniu i wystudzeniu wyszły mi dwa bochenki o wadze ok. 900 g każdy, jeśli chcecie podzielcie na trzy części wtedy bochenki wyjdą mniejsze).
Z każdej formujemy bochenek i wkładamy do koszyka solidnie wysypanego mąką. Chleby pozostawiamy do wyrastania.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 260 st. C.

Wyrośnięte bochenki przekładamy z koszyków na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (blachę rozgrzałam razem z piekarnikiem). Na dno piekarnika wkładamy naczynie żaroodoporne z wodą.
W temp. 260 st. C pieczemy chleby przez ok. 2 minuty, po czym zmniejszamy temperaturę do 240 st. C i pieczemy jeszcze ok. 30-35 min. (u mnie wystarczyło 25 min po zmniejszeniu temperatury). Gdyby chleby za szybko się rumieniły można przykryć z wierzchu folią aluminiową.

Chleb jest gotowy do wyjęcia z piekarnika gdy postukany od spodu wyda głuchy odgłos.
Po upieczeniu studzimy na kratce.

Smacznego :)


sobota, 12 maja 2012

Chleb codzienny na zakwasie

Przepis ten swoje źródło ma u Mirabbelki, potem pojawił się u Domi w kuchni, gdzie Domi zmodyfikowała nieco typy mąk, a ja wypatrzyłam go u Asi. Dziewczyny dziękuję Wam za fantastyczny przepis :)
Chleb wyszedł bardzo smaczny, z bardzo ładnym, regularnym miąższem i bardzo chrupiącą skórką. A do tego uniwersalny, bo pasuje do wszystkiego. Chlebek może odrobinę jest pracochłonny, ale tak jak Asia napisała i ja się zgadzam z Nią w 100 % jego smak jest zdecydowanie wart tego by poświęcić mu trochę czasu. Jak dla mnie może nawet nie tyle pracochłonny, co problematyczny ze względu na rozmieszczenie w czasie trzech faz zaczynu. Nie takie to łatwe jest kiedy się pracuje na pełen etat, ale możliwe do wykonania i okazuje się że wcale nie trzeba czekać aż do weekendu. Zaczyn na pierwszą fazę przygotowałam o godzinie 22-ej, drugą fazę o 4-ej rano, a trzecią o 16-ej po powrocie z pracy. Zacznijcie więc od rozplanowania sobie poszczególnych faz w czasie.



Zaczyn (400 g) :
  • 50 g zakwasu żytniego
  • 180 g mąki żytniej chlebowej typ 720
  • 170 g ciepłej wody
Uwaga: zaczyn przygotowujemy w trzech etapach. Składniki powyżej obejmują całość, czyli wszystkie trzy etapy.

Ciasto właściwe:
  • 400 g gotowego zaczynu
  • 100 g mąki żytniej typ 720
  • 100 g mąki pszennej tortowej
  • 200 g mąki pszennej (ja dałam chlebową typ 750)
  • 150 ml ciepłej wody
  • 1,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 10 ml oleju roślinnego

Przygotowujemy zaczyn.

Etap I: 
Mieszamy:
  • 50 g zakwasu żytniego
  • 60 g mąki żytniej chlebowej
  • 60 g ciepłej wody
Zaczyn odstawiamy pod przykryciem w ciepłym miejscu na 5-6 godzin.

Etap II:
Mieszamy:
  • zaczyn z etapu I
  • 60 g mąki żytniej chlebowej
  • 50 g ciepłej wody
Zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 8-12 godzin.

Etap III:
Mieszamy:
  • zaczyn z etapu II
  • 60 g maki żytniej chlebowej
  • 60 g ciepłej wody
Zaczyn odstawiamy pod przykryciem na 3 godziny. W tym czasie zaczyn powinien sporo powiększyć swoją objętość.


Do tak przygotowanego zaczynu dodajemy pozostałe składniki ciasta właściwego. Mieszamy i zagniatamy przez 5 minut. Następnie odstawiamy ciasto na 20 minut aby odpoczęło i po tym czasie znów zagniatamy przez 5 minut.
Formujemy bochenek i wkładamy go do omączonego koszyczka lub do foremki wyłożonej papierem do pieczenia. Bochenek odstawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia (mniej więcej do czasu podwojenia objętości). U mnie podobnie jak u Asi wyszło około trzech godzin.

Piekarnik nagrzewamy do 230 st. C. Na spodzie stawiamy naczynie żaroodporne z gorącą wodą.

Bochenek z koszyczka przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, wkładamy do piekarnika i pieczemy w temperaturze 230 st. C przez 10 minut. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 200 st. C i pieczemy przez kolejne około 20 minut, do momentu aż skórka będzie ładnie rumiana.
Upieczony chleb sprawdzamy przez postukanie od spodu, jeśli wydaje przy tym głuchy odgłos znaczy że bochenek jest gotowy.

Chleb studzimy na kratce.

Smacznego :)





LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...